Fala gorąca nie sprzyja pisaniu. Nie ma też nic ciekawego do komentowania – kolejna iteracja znanej ustawy, którą poprawiano już kilkakrotnie, znowu wchodzi do Sejmu (na 45 minut), aby znowu nie dostać rozporządzeń wykonawczych i na koniec ponownie odbić się od unijnych regulacji i kolejny raz wrócić do ciała ustawodawczego (ile razy jeszcze można). Kolejne ustawy, które są niezbędne, ale niezbędnie z uwagi na wybory pojawią się w jakimś kolejnym terminie, w obecnej temperaturze nie da się o tym pisać. Próbuje przerzucić się na Twittera, ale tam czuję wielką konkurencję młodych koleżanek i kolegów i moje statystyki nie wyglądają za dobrze. Nawet jakbym budził się o 5 rano i zasypiał o 24 i tweetował zażarcie w międzyczasie przy każdej czynności gotowania, śniadaniowania, obróbki toaletowej lub podróży służbowej – i tak ich nie dogonię. Albo to mistrzowie świata w klawiaturze, albo mają po dwie osoby na twitterowy etat (może dacie mi jakieś dobre rady?).

Czas więc na nowe hobby, może sport… Żona krytycznie odnosi się do mojej figury w lustrze po prysznicu (choć ja nie mam sobie nic do zarzucenia), mówi, że te kolejne wałki to już niebezpiecznie wystają poza biodra i znowu trzeba zmieniać rozmiarówkę garniturów. Żona zmobilizowała mnie do usportowienia. Podszedłem do tematu metodycznie – najpierw przygotowanie teoretyczne i kilka meczów naszej reprezentacji w telewizji. Tak na rozruch J

Przyjechałem z torbą zakupów „sprzętu sportowego” i wrzuciłem wszystko naprędce do lodówki, bo już zaczęli grać nasi, w jakimś kolejnym meczu okręgowej grupy eliminacji mistrzostw Europy. Jak się nie umie grać to trzeba mieć szczęście w losowaniu i to się sprawdza w naszym przypadku, bo kolejni kelnerzy z drużyn z krańców Europy lub Europy niegeograficznej pracowicie pocą się na boisku wraz z naszymi. W końcu jesteśmy potęgą i postrachem drużyn z Andory, Gibraltaru czy Wysp Owczych. W meczu poziom równy – to znaczy nikt grać nie umie i gra się nie klei, ale po jakiś męczarniach zawsze wbijamy bramkę po totalnym zamieszaniu. Jak na razie jestem załamany moim nowym hobby, ale uratował mnie gwizdek na przerwę i zaczyna się prawdziwa gra.

Na początek trochę sportu z miasta na końcu alfabetu i drugiego z bardziej centralnej Polski rymującego się ze słowem Barka. Przyjmuje wyzwanie i najpierw wodno-tenisowo a potem już tylko piłkarsko przyjmuje szybkie dwa pólitrowce. Zapach ważonego chmielu – perliście – już rozchodzi się po pokoju, a charakterystyczny dźwięk otwieranego kapsla na długo zostaje w uszach, więc wypijam zaraz jakieś kolejne i już chce przechodzić na Ty ze wszystkimi, ale żona krzyczy, że raczej kto jak kto ale ona wie jak mam na imię. Potem przyszedł czas na sporty bohatera polskich gór – Janosika i tym razem idą dwie puszki, a on na ekranie pokonuje przeciwników z jakiś austro-wegierskich czasów. Od Janosika już tylko chwila do nazwy samych gór i z odkapslowaną póllitrówka w dłoni, ratuje kolegę spadającego w przepaść, a może właściwie to ratuje siebie, bo przechył mocny i żona pyta co się tak tłucze po domu przy tym meczu. Na szczęście transmisja zmienia się na reklamę płynów do higieny intymnej, więc mogę skorzystać za potrzeba, gorzej, że jak wiadomo – jak się zacznie to potem trzeba latać tam na okrągło. Wracam szybko i teraz podziwiam Czechy i łąkę jęczmienia, której nie może zadeptać córka browarnika – więc się cieszę i na zdrowie sportu w Czechach najpierw jednym, a potem poprawiam jeszcze jakimś kozłem. Widzę, że już mecz rozgorzał na dobre i teraz zostaje mi średniowieczny urzędnik miejski ze spienionym kuflem, a za nim jakiś Książę i już czuje mocne zmęczenie, ale nie … znowu wraca miasto na Ż i kolejne życiowe wyzwanie (więc dwie puszki), a potem jeszcze jakieś nowe kocie kufle, a na koniec podróże przez świat z zielonym Leszkiem. Co prawda słabo teraz widzę, ale chyba nasi wbili kolejne dwa gole, więc sukces murowany i będą co najmniej trzy mecze w mistrzostwach jak zwykle na ten otwarcia, ten o wszystko i ten o honor na końcu ze zwycięskim remisem. Pomagam więc naszym jak mogę, bo zaczyna się naprawdę ostro i wojskowy junak sprzedawany tylko w promocji sześcioraka. Żona znowu coś krzyczy na dole, więc wypijam jej zdrowie i chwytam te czerwone pólitrówki reklamowane jako dla kobiet, jakiś dziwny smak, więc trzeba wypić podwójnie. Sędzia chyba gwiżdże, bo ja już słaniam się na murawie padając po meczu, ale na sam koniec jestem uspokojony, widząc jak przez mgłę, wielkie zwierzę – ni tur ni bizon, zwierz trzyma w zębach wiewiórkę, a ta podaje ostatnie dwa spienione kufle… Zasypiam po wyczerpującym meczu.

Rano jak zawsze krajobraz boiska z kuflami, butelkami, kapslami i puszkami. Ciche dni w domu po sportowym evencie i jak patrzę w lustro to ten sport jednak ciężko uprawiać, bo nagle pojawiły się u mnie jakieś wielkie wory pod oczami. Ale się nie poddam i dalej będę walczył bo jak wiadomo , każdy ma swój wybór i powinien robić to co mu podpowiadają reklamy. Jedno co mnie niepokoi to, że brzuszne wałki wcale nie znikają, ale może trzeba więcej treningu…

* Niniejszy tekst jest jedynie wariacja literacką pod wpływem wszechobecnych reklam pienistego płynu. Żadne z powyższych zdarzeń nie miały miejsca w rzeczywistości. W świecie realnym nie piję piwa (może 2 rocznie) i stawiam się do pracy we wtorek zawsze bez jakiekolwiek śladu alkoholu. Natomiast moje zdanie na temat reprezentacji piłkarskiej i ich ostatnich sukcesów pozostaje jak w artykule.

Zostaw komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *