Od już ponad tygodnia w wiadomościach telewizyjnych widać morze biało-czerwono-białych flag i ludzi na ulicach białoruskich miast protestujących przeciwko sfałszowanym wyborom. Czy tym razem uda się zmienić monopol władzy Łukaszenki i spróbować demokracji na Białorusi – nie wiadomo. Jeśli nie teraz – nastąpi to na pewno niedługo. Jednak pomimo, że pewne procesy są nieuchronne i przewidywalne, wydaje się, że po raz kolejny Polska jest nieco zaskoczona. Tak jak na sąsiedniej Ukrainie zarówno w czasie pomarańczowej rewolucji, Majdana, rosyjskiej agresji, post majdanowych zmian czy wreszcie wyborów Zełeńskiego – nie do końca zwracamy uwagę na sytuacje u naszych najbliższych sąsiadów i nie mamy zresztą koncepcji, w którą stronę te wschodnie kraje powinny zmierzać i jak możemy im pomóc. Obawiam się, że pomimo deklarowanych strategii (wszystkich rządów i opcji politycznych) w kwestii Białorusi (i także Ukrainy) wciąż jesteśmy w okowach stereotypów i uważamy te oba kraje za coś w rodzaju postsowieckiego eksperymentu i że zawsze będą to kraje w rosyjskiej ekipie wpływów. Na dodatek wciąż żywe są uprzedzenia i tak na Ukrainie to są „kozacy”, którzy na koniec nas zaatakują w jakiś sposób, a na Białorusi „rolnicy i robotnicy”, którzy zawsze będą popierali kołchozy i państwowe przedsiębiorstwa. Niewiara w wewnętrzne procesy w tych krajach wynika z postrzegania a la lata 90-te i niedostrzegania, że oba te kraje mają już 30-letnią historię niepodległości, a także nauczania we własnym języku i doświadczenia budowy własnej świadomości narodowej. Kijów 2020 to zupełnie inne miasto niż nawet dekadę temu – wszyscy młodzi ludzie mówią po ukraińsku i samodzielność narodowa jest sprawą oczywistą. Tak samo w Mińsku 2020 – przecież wśród protestujących dominują młodzi chłopcy i dziewczyny i ich postrzeganie kraju to własna ojczyzna i demokratyczne reguły życia. Nagle okazuje się, że w tych krajach jest dynamiczne życie polityczne, protesty, być może raczkująca opozycja (Białoruś), ogromne problemy z korupcją (Ukraina) i przyszła niestabilność polityczna, ale przede wszystkim nieokiełznana chęć życia w demokratycznych społeczeństwach i patrzenia na Polskę z podziwem z chęcią korzystania z naszych doświadczeń. Tymczasem Polska tych krajów nie dostrzega, dialog z legalnie wybranym rządem (Ukraina), z opozycją (Białoruś) jest minimalny, brak jest chyba też pomysłu jakie te kraje powinny (w optymistycznym wariancie) być, i jakich chcielibyśmy mieć sąsiadów. Nic więc dziwnego, że w problemach zwracamy się ku Unii Europejskiej, ale bez własnej koncepcji i naszego pomysłu – nie jesteśmy w późniejszych rozmowach partnerem (popatrzmy na tzw. format normandzki), ani jakimkolwiek rozgrywającym. Tuż za naszymi granicami dzieje się wiele… ale my nie mamy pomysłu co z tym zrobić.

Tymczasem stabilne demokratyczne państwa na naszej wschodniej granicy – to największa gwarancja naszego bezpieczeństwa – powinniśmy korzystać z szansy i próbować je integrować gospodarczo i politycznie (nawet patrząc na koszty i je ponosząc), a nie stać całkowicie obok, bo może się okazać, że te kraje też całkowicie nas ominą i nie zauważą.

Energetyka jest chyba najlepszym przykładem. Polska nie ma pomysłu czy w ogóle energetycznie współpracować i jak energetycznie wschodnim sąsiadom pomagać. Ukraina spróbowała zreformować rynek energii elektrycznej (nieudolnie) i na dodatek wpadła w wielkie problemy popełniając katastrofalne błędy w systemie wsparcia OZE. Musi modernizować właściwie wszystko od sieci przesyłowych i dystrybucyjnych (zarówno w energii jak i gazie), po elektrownie i swoje systemy informatyczne. Ma wielki aset w postaci taniej energii z elektrowni jądrowych – energii którą chętnie sprzedałaby za granicą. Białoruś w ogóle jest na razie poza naszymi koncepcjami energetycznymi i na razie wysiłki Polski to blokowanie potencjalnego eksportu z elektrowni jądrowej w Ostrowcu – ale jest to strategia na rządy Łukaszenki i zależność energetyczną Białorusi od Rosji. Tymczasem pierwszoplanowym zadaniem (jeśli te oba kraje maja być demokratyczne) jest przełączenie synchronizacji sieci na europejski system  ENTSO-E. Ukraina chce to zrobić i pojawiają się terminy 2023 (całkowicie nierealne) i może 2025, a w końcu 2030 (na razie tylko mały kawałek ukraińskiej sieci – tzw. wyspa bursztyńska jest w europejskim obszarze – reszta to rosyjski system synchronizacji). Białoruś jeszcze nawet oczywiście o tym nie myśli – ale pierwszym pomysłem po zmianie Łukaszenki na rząd demokratyczny będzie właśnie reforma systemu energetycznego i energetyczne bezpieczeństwo.

Czy mamy tu jakiś pomysł?  Czy chcemy rozważać (nawet hipotetycznie) wskrzeszenie nieczynnych obecnie połączeń transgranicznych ze wschodnimi sąsiadami i ewentualnie wymianę energii w dużej skali?  Czy może myślimy o  transferze naszych rozwiązań, a może nawet o inwestycjach rodzimych koncernów?  Na dziś jest to poza jakimkolwiek obszarem rozważeń i tylko rodzaj jakiegoś science fiction.

Dalej więc „wschodu nie zauważamy” – politycznie i energetycznie. Jednak świat nie znosi próżni i coś się tam wydarzy. Będą to albo wpływy rosyjskie albo powolny, bolesny i turbulentny zwrot w kierunku systemów zachodnich  i oczywiście ktoś inny i inne koncerny zajmą tam odpowiednie miejsca. Oczywiście można powiedzieć, że jest trudno i „kozacy i rolnicy” i tak nie będą współpracować – a może jednak warto odrzucić stereotypy i zainwestować w długofalową strategię? To właśnie trudne i dalekosiężne…, ale z punktu widzenia naszego bezpieczeństwa, gospodarki i naszej roli w Europie …naprawdę perspektywiczne.

Zostaw komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *