Statystycy to dziwni ludzie i często niezrozumiali przez większość społeczeństwa. Potrafią liczyć niektóre rzeczy na najdziwniejsze sposoby i uprzykrzyć życie w szkołach podstawowych, licealnych i wyższych (w końcu jest średnia i mediana, nie wspominając o bardziej skomplikowanych wzorach). Nic więc dziwnego, że statystykę można wykorzystać w polityce, a zwłaszcza w polityce lobbystycznej – i tak różnego typu statystyczne działania matematyczne (dodawanie, uśrednianie) trafiło do energetyki. Kilka lat temu jednym z ciekawych zagadnień był iście hamletowski problem „kocioł czy komin”. Chodziło o próg mocy cieplnej kotłów, do których mają zastosowania tzw. konkluzje BAT (czyli konieczność inwestycji w bardzo głębokie oczyszczanie spalin).  Małe kotły powinny być naturalnie wyłączone z tego procederu (nie ma sensu pakować w nie pieniądze), ale od razu pojawił się problem czy 2+2=4 (czy dwa małe kotły np. po 30 MW połączone jednym kominem należy traktować oddzielnie czy też sumować ich moc – bo mają jeden komin i wtedy traktować instalacje sumarycznie o mocy 60 MW, stosując zapisy dla poziomu 60). Polska była mocno za „kotłem” (istniało wiele instalacji małych kotłów połączonych w jeden system odprowadzania spalin i jeden komin), ale oczywiście batalię (sumowania i statystyki) przegrała i dyrektywa BAT stosuje „komin” jako definicję poziomu mocy instalacji, co zmusza do dodatkowych inwestycji (ironizując albo w oczyszczanie spalin albo … w dodatkowy komin).

W ostatnich dniach energetykę zaczyna elektryzować spór o przyszłość polskiej polityki energetycznej i coraz wyraźniej pojawiają się zarysy koncepcji Ministerstwa Energii, którego Polityka Energetyczna Polski ma być już gotowa, wraz z modyfikacją Polskiego Programu Jądrowego. Wszystko to ma pojawić się jak zawsze „do końca roku”. Problem jaki widać, to kolejny raz twórcze polskie podejście do statystyki i uśredniania, które niekoniecznie może być identyczne z rozumieniem Komisji Europejskiej i lobbystycznych ośrodków polityki klimatycznej. Chodzi o mityczne 550 g CO2/kWh – poziom emisji dwutlenku węgla z instalacji energetycznych, który uważany jest w wielu dokumentach UE jako graniczny. Ten „mityczny” limit wkradał się do oficjalnych dokumentów i regulacji powoli, ale z uporem – zwracałem uwagę na to już w 2014 i 2015 – okresie negocjacji i podpisania nowych konkluzji polityki klimatycznej i propozycji reformy systemu ETS. Tam po raz pierwszy pojawiły się określenia „low emission” (na początek małymi literami i w aneksach i załącznikach) bez określania wartości, ale jednocześnie Europejski Bank Inwestycyjny oficjalnie ogłosił, że nie wspiera projektów z emisyjnością powyżej magicznej liczby 550 (można popatrzeć w moje blogowe wpisy TUTAJ ).

Z czasem limit 550 g CO2/kWh zaczęto wprowadzać wszędzie (np. pakiet zimowy – zapisy rynku mocy) jako oficjalną granicę miedzy dobrym (ekologicznym) sposobem produkcji energii, a tym niedobrym (czytaj węglowym). Dla ekspertów energetycznych jest bowiem jasne co to znaczy. Różne paliwo energetyczne (różne technologie) dają różną emisję CO2 i dla uproszczenia węgiel (w każdej komercyjnej instalacji) to 720-900 g CO2/kWh, gaz 380 – 520 g CO2/kWh  a OZE i atom oczywiście zero. Dla węgla więc te 550 to praktyczny wyrok śmierci, bo zejście do tego poziomu wymagało by albo zwiększenia sprawności do 60 % (niemożliwe z uwagi na dzisiejsze bariery materiałowe) albo wprowadzenie systemów wychwytu CO2 – tzw. CCS lub CCU (co nie jest dostępne komercyjnie, a nawet jeśli dostępne technologicznie rujnuje ekonomicznie). To właśnie 550 jest przyczyną tego, że wszystkie zachodnie koncerny energetyczne powoli opuszczają energetykę węglową, a kolejne kraje zachodniej strony UE ogłaszają po kolei daty kiedy wyeliminują węgiel z miksu energetycznego. Ten oczywisty problem dotyka najbardziej Polskę (84 % generacji z węgla) wobec czego – coś musimy z tym zrobić.

I tu pojawia się statystyka – a właściwie koncepcja, która z powodzeniem można by zastosować na szkolnych zajęciach WF-u. Wyobraźmy sobie, że należy przejść pod poprzeczką bez zginania się, ale mamy wysokiego gościa. Jakby nie było – zawsze strąci. Ale co jakby do pary dać mu mikrusa, który do poprzeczki ma zapas? Razem stworzyli by idealną parę, która z odpowiednim (średnim) wzrostem – rusza pełnym biegiem do przodu. Ten koncept leży u podstaw dwóch polskich inicjatyw – zmodyfikowanego Programu Polskiej Energetyki Jądrowej lub tzw. Leśnych Gospodarstw Węglowych.

Polska koncepcja: połączenie dwóch źródeł – wysokoemisyjnego CO2 i zerowego – dla pokazania wartości średniej.  Pomysł przekazywany ostatnio w wypowiedziach Ministra Energii dotyczących roli energii jądrowej i jej współdziałania z węglem. W uproszczeniu mogłoby wyglądać to tak:  nowy blok (właśnie budowany?) Elektrowni Ostrołęka to 1000 MW z emisyjnością ok. 720 g CO2/kWh. Gdyby koło niego postawić (hipotetycznie) lub jakoś połączyć (wirtualnie w jedno) blok jądrowy (np. AP 1000) mocy kolejnego 1000 MW z emisyjnością 0 g CO2 to w uśrednieniu (statystycznym) wyszłaby instalacja o emisyjności 360 g CO2/kWh (a więc ekologicznie akceptowana w UE). Analogicznie próba połączenia węgla z lasem. Gdyby za blok energetyczny traktować sam blok (emisja CO2), ale też z okolicznym terenem, na którym las rośnie (albo go posadzimy) – to wtedy las pochłaniałby CO2. W sumarycznym (i uśrednionym) Leśnym Gospodarstwie Węglowym emisja rosłaby od spalania węgla, ale i zmniejszałaby się od pochłaniania przez las, i gdyby tego lasu było odpowiednio dużo to hipotetycznie obniżałaby się emisyjność bloku.

Europejska (klimatyczna) koncepcja: W obecnych dokumentach napotyka się limity dotyczące poszczególnych, konkretnych instalacji (nie ma koncepcji uśredniania). Przynajmniej na dziś istnieje ostra granica pomiędzy technologiami „low emission” lub „zero emisssion a tymi „high emission” i to właśnie te 550. Nie łączy się instalacji w grupy – tu przypominając dyskusję „kocioł czy komin” – działa się analogicznie w kierunku podejścia uniemożliwiającego ominięcia odpowiednich regulacji. Europa (ta klimatyczna) raczej omija oficjalne pokazywania emisyjności gospodarek lub energetyki danego kraju, a cała koncepcja ETS i polityki klimatycznej to wprowadzenie limitów zejścia od globalnego poziomu emisji (poziom odniesienia rok 2005) i tylko robienie tego wolniej lub szybciej. Uśrednianie emisji na poziomie kraju czy też sektora jest źle widziane, bo można by wyciągnąć różne wnioski – na dzisiejsze energy mix – przykładowo Francja ma orientacyjnie emisyjność średnią ok. 50 g CO2/kWh (bo dominujący udział bloków jądrowych), ale Niemcy już ok. 400 g CO2/kWh (i przez ostatnie 4 lata ta wartość spadła niewiele). Uśrednianie takie chyba nie do końca jest dobre dla nas, bo tak licząc to polska energetyka ma tak ok. 750 g CO2/kWh.

Wydaje się, że znowu jesteśmy na kursie wypadkowym. Oczywiście jakby nie liczyć (statystycznie mniej czy statystycznie bardziej) modernizacja polskiej energetyki to rodzaj „mission impossible” patrząc na europejskie cele i wskaźniki. Krucjata antywęglowa osiąga kolejny poziom, a nowe opracowania i dokumenty pozwalają na raczej zaostrzenie polityki dekarbonizacji niż na jakiekolwiek odpuszczenie reguł TUTAJ). Patrząc na te zagrożenia chyba należy pozbyć się iluzji, że jakiekolwiek uśrednianie nam pomoże i przygotować się raczej na bardziej pesymistyczne (ale i realistyczne) scenariusze.

Zostaw komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *