Ukraina znowu wróciła na czołówki gazet i pierwsze strony portali informacyjnych. Ty razem za sprawa „morską” i problemów na Morzu Azowskim. Zajęte ukraińskie okręty, ranni marynarze, stan wojenny i gorączkowe posiedzenia polityków na światowej Radzie Bezpieczeństwa, znowu skierowały uwagę na te (już prawie) zapomniany region. Tymczasem wschód Ukrainy to strefa gdzie codziennie giną ludzie, a wojna tak naprawdę …toczy się nadal.

O bezsensie wojny najlepiej napisał w 1927 roku Erich Maria Remarque. Sam służył w niemieckich okopach podczas pierwszej wojny światowej i będąc kilkakrotnie ranny, widział całą brutalność i okrucieństwo  wojskowych zmagań, i nikt po nim nie przedstawił tego lepiej niż on w słynnej powieści „Na Zachodzie bez zmian”.  Prawda o wojnie nie była mile widziana przez militarystów, więc Remarque (a właściwie Remark, bo tak nazywali się jego rodzice, a literacko używał francuskiej wersji) jeszcze przed dojściem Hitlera do władzy przenosi się do Szwajcarii, co jest trafnym posunięciem, gdyż w świecie nazistów jego książki są palone, a on sam odsądzany od czci i wiary. Goebbels rozpętuje propagandową kampanię twierdząc, że Remarque wcale nie służył w okopach i tak naprawdę był Żydem (a jego prawdziwe nazwisko to Kramer –  anagram nazwiska Remark). Nienawiść do pisarza przedstawiającego prawdziwą stronę wojny jest tak wielka, że nie mogąc dosięgnąć samego Remarque (ten emigrował w 1939 roku do USA), naziści mordują jego siostrę w 1943 roku. Sam pisarz wraca jeszcze do Szwajcarii po wojnie i po napisaniu kilku kolejnych dobrych książek, umiera w 1970 roku.

Wojna na szczęście dla naszego kraju jest od wielu lat czymś obcym, ale nie należy zapominać, że niewiele kilometrów od naszych wschodnich granic toczy się wciąż konflikt, w którym codziennie giną lub są ranieni żołnierze. Mass media żywią się tylko świeżą krwią, więc kolejni zabici i ranni na wschodzie Ukrainy nie są warci i wzmianki (choć teraz po konflikcie w Cieśninie Kerczeńskiej mamy powrót Ukrainy do newsów), nieco inaczej na samej Ukrainie, która słusznie uważa, że cały czas jest w czymś rodzaju niewypowiedzianej wojny. Codziennie też w ukraińskiej prasie, telewizji, czy na internetowych portalach pojawia się coś przypominającego jak sen, komunikaty jak z książki Remarque …”w dniu wczorajszym, wróg dokonał kilkunastu ostrzałów naszych pozycji, jeden żołnierz zginął a kilku innych odniosło rany. Nasze wojska wyeliminowały kilkunastu terrorystów. Poza tymi incydentami na linii frontu panował spokój” … Zmienia się tylko kanał przekazu, bo teraz oczywiście najłatwiej sięgnąć po Facebooka – TUTAJ i tam właściwie codziennie na stronie tzw. Joint Operation Forces, jak teraz nazywa się siły ukraińskie stojące na linii rozdziału separatystów od Ukrainy, można zobaczyć, że strzelają, i że giną ludzie po obu stronach. Sytuacja na wschodzie Ukrainy przeszła w fazę stabilną (tzn. w zakresie linii demarkacyjnej w Donbasie znikła ze stron gazet zagranicznych, ale ofiary są) i czeka znowu na swoją historyczna chwile aby wybuchnąć z kolejną siłą.

Wszystko zaczęło się wraz z ukraińską rewolucją Majdanu w 2014 – w kwietniu – po lutowym odsunięciu do władzy poprzedniego prezydenta Janukowicza (i jego ucieczce do Rosji – notabene właśnie trwa jego proces w Kijowie, sam Janukowicz wystawił pełnomocnika tylko). Szybko po protestach separatystów powstają dwie samozwańcze republiki Doniecka Republika Ludowa (DRL) i Ługańska Republika Ludowa (ŁRL). Sama Ukraina jest w trakcie organizacji nowych demokratycznych rządów i jakby w ogromnym szoku po rosyjskiej aneksji Krymu. Wobec czego dopiero po kilku tygodniach, a tak naprawdę po miesiącu rusza ukraińska operacja (nazywana przez Ukrainę antyterrorystyczną tzw. ATO), która w szybkim tempie przekształca się w lokalną wojnę hybrydową ze zbuntowanymi separatystami, następnie wspomaganych przez bezpośrednią pomoc wojskową Rosji. Kluczem do zrozumienia walk w Donbasie jest mapa poniżej:

Ukraińskie obwody gdzie po rewolucji 2014 występowały prorosyjskie protesty – a tak naprawdę to także obszary gdzie silne były wpływy Janukowicza.
Rysunek za Wikipedia.

Poza samymi prorosyjskimi i pro-Janukowyczowymi sympatiami kluczowe jest położenie geograficzne i należy patrzeć na … Krym. Krym po aneksji jest praktycznie odcięty od Rosji. Jedyna droga – nie prowadząca przez Ukrainę to tzw. przesmyk Kerczeński. Obecnie jest tam zbudowany wielkim nakładem sił i środków (ok. 4 mld $) most nad cieśniną. Problem, że morze Azowskie (ten zamknięty obszar Morza Czarnego pomiędzy Krymem, Ukrainą i Rosją) jest bardzo burzliwy w miesiącach zimowych i właściwie cały dowóz towarów i ludzi jest maksymalnie utrudniony. Tendencje separatystyczne we wschodniej Ukrainie w 2014 roku miały więc też dodatkowy cel – próbowano alternatywnie połączyć się lądem pomiędzy Rosją i Ukraina, bo to zapewniło by i transport i dostawy paliwa i energii (teraz dopiero osiągnięte za pomocą wielkich nakładów i nowego mostu, a i tak transport kolejowy to kilkanaście dodatkowych godzin drogi). Problem z Morzem Azowskim i tak naprawdę nowym frontem otwartego konfliktu teraz jest bardzo głośny ( TUTAJ)

Obie strony (Ukraina i separatyści przy wsparciu Rosji) rozpoczynają więc operacje quasi wojskowe dla zlikwidowania lub rozszerzenia separatystycznych republik – ze zmiennym szczęściem. Na początek terytorium DRL i ŁRL się rozszerza, by po coraz intensywniejszej ATO (Operacji Wojskowej Ukrainy) stanąć prawie u kresu katastrofy (Ukraińcy są blisko całkowitego okrążenia Doniecka), ale po coraz większej pomocy rosyjskiej – najpierw sama broń i zaopatrzenie sporadycznie, potem tzw. białe konwoje i ciągły transfer przez granice, aż do prawie oficjalnego wsparcia przez regularne wojska rosyjskie (tzw. urlopowani rosyjscy żołnierze, którzy całymi zorganizowanym grupami z bronią w ręku udają się na ukraińskie wakacje w Donbasie). Wojska ukraińskie ponoszą porażkę (szczególnie tzw. ochotnicze bataliony wpadają w krwawe okrążenia) i republiki odżywają (także terytorialnie). Jednak separatystom i Rosjanom nie udaje się połączyć z Krymem – tu kluczowa jest obrona portu Mariupol. Quasi pokój zapewnia wynegocjowana przy współudziale Niemiec i Francji (tzw. formuła normandzka),  umowa z Mińska – gdzie praktycznie jest to rozejm (jak widać długotrwały) i wycofanie sił obu stron (ciężki sprzęt i artyleria) na pewna odległość od linii buforowej.

Obecna sytuacja na wschodzie Ukrainy po porozumieniu w Mińsku – strefa buforowa wojsk (15 km po obu stronach – rzadko przestrzegana bardzo dokładnie), gdzie nie może być ciężkiej artylerii i czołgów.
Rysunek za Wikipedia.

Całość konfliktu jest bardzo dobrze opisana nawet w Wikipedii – TUTAJ,  ale też korzystając z niej można zobaczyć dwa różne sposoby opisania konfliktu (wersja polskojęzyczna bliska najbardziej rozbudowanej ukraińskiej i wersja rosyjska, gdzie jeśli pisze się o udziale ochotników z innych państw to pisze się trochę inaczej i o innych ochotnikach).

Minęło kilka lat i wojna przygasła do stanu permanentnego małego żaru – codziennych wymian ognia, ale też i śmierci żołnierzy obu stron na froncie.  Nie ma spektakularnych ofensyw jest tylko sporadyczny ostrzał moździerzowy lub  karabinowy i potem zdawkowe informacje o ofiarach. Tymczasem republiki separatystyczne przechodzą w stan przetrwalnikowy – DRL i ŁRL żyją, ale tak jakby na granicy upadku. Po zmianie strategicznej opcji rosyjskiego połączenia z Krymem (Rosja zdecydowała o budowie mostu Kerczeńskiego, wielkich inwestycjach energetycznych i wspomaganiu tego półwyspu), znaczenie Donbasu dla Rosji maleje, wobec czego ograniczana jest pomoc wojskowa i pieniężna do niezbędnego minimum. Separatystyczne republiki zaczynają żyć własnym życiem, co oznacza rządy mafijne i każdorazowo wytypowane przez głównego sponsora. Ludzie biednieją i wyjeżdżają – ocenia się (tak mówią Ukraińcy), że z 5-7 milionów ludności Donbasu wcześniej zostało  teraz 2-3 miliony – reszta przenosi się do znajomych i rodzin w Rosji lub na Ukrainie. Donbas, który był jednym z najbardziej uprzemysłowionych rejonów Ukrainy (tu są wszystkie kopalnie węgla – najwyższej jakości – prawie czystego antracytu, elektrownie i stalownie) wpada w ręce mafijnych oligarchów lub nowych władców republik – zwykle danych lub wciąż czynnych oficerów służb związanych z Rosja lub wręcz pospolitych kryminalistów. Co ciekawe obie republiki DRL i ŁRL wcale nie tworzą spójnej całości – jednego organizmu, ale coś w rodzaju dziwnej federacji co wynika nawet z innego sposobu budowania separatyzmu – Donieck i DRL odwołuje się do tradycji carskiej Rosji i jej kozaków, Łubiańsk (ŁRL) to znacznie bardziej lewicowy i wręcz quasi komunistyczny obszar. Kolejni przywódcy separatystów giną w zamachach – ostatnio w sierpniu przywódca Doniecka Oleksander Zacharczenko, ale zaraz zastępowani są nowymi – teraz nawet w glorii separatystycznych wyborów (niedawno 11 listopada) i w DRL mamy Denisa Puszlina, a w Łubiańsku Leonid Pisecznik. Nie należy się pewnie przyzwyczajać do nazwisk, bo ich poprzednicy albo ginęli nagłą śmiercią albo uciekali do Rosji, ale trzeba zrozumieć system gospodarczy w jakim działają separatystyczne republiki. Po początkowej fazie po wojnie i porozumieniu w Mińsku obie strony do końca nie wiedziały co zrobić z porozrywanymi połączeniami gospodarczymi – szczególnie, że Donbas miał głównie węgiel (antracyt), a Ukraina elektrownie (które mogły tylko antracyt spalać – nie ma szybkiej możliwości przeróbki na inny rodzaj paliwa). Powoli wspólne interesy przerywano dokumentnie i duża zmiana nastąpiła w marcu 2017 roku, w separatystycznych republikach dokonano faktycznego przejęcia własności wszystkiego (kopalnie i zakłady przemysłowe) na rzecz nowych oligarchów związanych z przywódcami separatystów.  DRL i ŁRL stają się więc miejscem szemranych interesów nowych właścicieli i ukrytego eksportu węgla (antracytu zamaskowanego jako rosyjski lub może nawet z innej części świata), być może także kawałkami znowu na Ukrainę, a na pewno też i do Europy (i nawet do Polski – co pokazała świetnie Karolina Baca-Pogorzelska).  Sama Ukraina wydaje się powoli (gospodarczo) godzić z utratą Donbasu i na nawet wielcy ukraińscy oligarchowie, którzy stracili tam duże części majątku (np. elektrownie) robią interesy bardziej ukraińskie a już nie donbaskie. Ukraina zwraca się ku Europie Zachodniej, a DRL i ŁGR powtarzają schemat kilku innych quasi post-radzieckich republik – których nikt nie uznaje, i które żyją z nie-wiadomo-czego (tak jak np. Naddniestrzanska Republika Mołdawska czy Górna Osetia). To zaczyna być taka rosyjska specjalność, żeby zostawiać kawałki separatystyczne przy swoich granicach i zostawiać je w formie przetrwalnikowej – niby to kraj, a niby jakiś dziwny kawałek współczesnego dzikiego Zachodu (Wschodu). Teraz na to nakłada się właśnie Morze Azowskie  – dążenie Rosji aby stało się całkowicie „rosyjskie” – zamknięte z jednej strony Mostem Krymskim nad Cieśniną Kerczańska z drugiej terenami separatystycznych republik (Ukraina jest spychana do małego kawałka wybrzeża pomiędzy Krymem a Mariupolem). Nowe zarzewie konfliktu na razie nie uderza bezpośrednio w linie demarkacyjną na wschodzie, a dotyczy okrętów wojennych, ale za chwile może rozlać się i tam.

Finalnym efektem jest jak na początku – stan nie- wojny ale i nie- pokoju. Coś „bez zmian”, ale i coś gdzie giną ludzie i wciąż strzelają. Co gorsze – konflikt w każdej chwili może odżyć – i właśnie tak się teraz dzieje. Na Ukrainie w marcu 2019 są wybory prezydenckie- a potem i parlamentarne. Jakiekolwiek walki na wschodzie Ukrainy mogą być kluczowe dla wyborów, bo zadecydują o postawie opinii publicznej. Wobec tego pojawia się ogromna możliwość zdalnych politycznych planów, przewrotnych prowokacji a może i czasami ludzkiej głupoty i szaleństwa. Wprowadzony właśnie stan wojenny na 30 dni zamraża kampanię wyborczą i paradoksalnie jest w pewnym sensie korzystny dla urzędującego Prezydenta Poroszenki (i tak będą to przedstawiali Rosjanie jako ukraińska prowokację), choć raczej sami Ukraińcy nie mają z obecna eskalacją nic wspólnego.  Ukraina pragnie się zreformować (przynajmniej częściowo) i wojna na pewno nie jest jej żadnym marzeniem ani celem – nawet dla najbardziej nacjonalistycznych skrzydeł politycznych. Wypychana z Morza Azowskiego próbuje zabezpieczyć interesy gospodarcze przybrzeżnych obwodów – a zwłaszcza transport towarów do okolic Marioupola – inaczej istniejący tam przemysł zginie. Z kolei Rosja na kursie powrotu do imperialnych korzeni zbudowała sobie most na Krym i jak to Imperium – uważa kolejne morza i lądy za własne – i tak też myślą jej dowódcy i żołnierze.

Problemem tylko, że w całej tej układance polityki, ambicji i prozaicznych ekonomicznych interesów …. tak naprawdę giną prawdziwi ludzie i cierpią niewinni cywile.

 

Zostaw komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *