Nasz polski stosunek do władz i nadrzędnych regulacji jest zazwyczaj bierny. Przyjmujemy wszystko jak leci , oczywiście utyskując i krytykując kolejne obciążenia i polityczną niekompetencję, ale zwykle podejmujemy mało działań. Co kilka dekad następuje ogólnopolski zryw narodowy, który bucha wielkim płomieniem, ale tylko po to, żeby za chwilę nagle przygasło i wróciło do normy – znowu dostajemy kolejne regulacje na które narzekamy … i się do nich dostosowujemy.
Przystępując do Unii Europejskiej oczekiwania były wielkie – pewnie po części spełnione i po części nie. Wszyscy chyba jednak mieliśmy idealistyczne podejście wierząc w sprawiedliwość , dziejową konieczność rekompensat za nasze ciężkie czasy oraz (zupełnie nieuzasadnione) poczucie, że teraz wszystkie prawa będą równe i powszechne, w kierunku wspólnej szczęśliwości jak w rodzinach na telewizyjnych reklamach. Rzeczywistość okazuje się zawsze brutalna. Większość ustaw, dekretów regulacji nie rodzi się z wyższej konieczności, walki o pokój czy wielkich umiejętności polityków ale … rodzi się poprzez ścieranie się różnych grup interesów i biznesowe spotkania na lunchach i kolacjach przy wielkim udziale lobbystów.

Lobbing (działania w celu podejmowania decyzji rządowych, korzystnych dla pewnych grup interesów) istniał zawsze. Historia starożytna i nowożytna pełna jest opisów mniej lub bardziej (zazwyczaj mniej) legalnych form wpływu na władców (pieniądze, szantaż, sex lub argumenty rzeczowe i poczucie sprawiedliwości –w książkach historycznych można sprawdzić skuteczność każdego ze sposobów). Słynna była sprawa Juliusza Cezara, który pełniąc funkcję najwyższego kapłana wplątany został w aferę polityczną, kiedy jeden z jego bliskich sojuszników został przyłapany w dość dwuznacznej sytuacji w domu żony Cezara. Problem oczywiście nie dotyczył bynajmniej żony (czego nie poświęca się bowiem w polityce) ale wyboru pomiędzy koniecznością uniewinnienia (polityczne sojusze, ale i cień na pozycję najwyższego kapłana) a uśmierceniem winnego (przestrzeganie zasad, ale problem z poparciem politycznym). Legislacyjny problem z którym borykano się kilka miesięcy, rozwiązał jeden obrotny niewolnik (ówczesny lobbysta) który szybko i skutecznie przekonał sędziów o konieczności uniewinnienia bez angażowania autorytetu Cezara (legislacyjne i moralnie na czysto oraz ocalona głowa współpracownika). Istniało to więc zawsze i wg niektórych danych pierwszy oficjalny lobbing to rok 1215 i uzyskanie przez szlachtę angielską przywilejów od króla. Były to pierwsze formy lobbingu zorganizowanego i w pełni, jeśli w ogóle to możliwe legalnego. Sam lobbing to słowo wywodzące się z Anglii (wiek XVII) i powstanie pierwszych organizacji które wtedy akurat działały dla wprowadzenia ceł importowych na zboże (http://www.decydent.pl/archiwum/wydanie_21/co-to-jest-lobbing_146.html ). Prawdziwy lobbing rozwinął się jednak dynamicznie w Ameryce, zwłaszcza w czasach wielkich projektów kolejowych. Dzisiejszy skład lobbystów na Kapitolu to około 50 tys. osób w doskonale zorganizowanych firmach.

Zjednoczona Europa oczywiście szybko nadgoniła zaległości i nawet prześcignęła inne kraje. Lobbing w Brukseli został prawnie unormowany w latach 90-tych, ale i dodatkowo wzmocniony kolejnymi przepisami za przewodnictwa naszego premiera Jerzego Buzka. Pomimo tego, co chwila wypływa na wierzch kolejna afera bo mediom dość łatwo wykazywać jak cienka granica jest pomiędzy lobbingiem legalnym a takim już trochę mniej legalnym. W 2011 roku poczytny „Sunday Times” przeprowadził prowokację i przez podstawione osoby działające jako quasi lobbyści, skłaniał kolejnych parlamentarzystów do przeforsowania ustaw za pieniądze osiągając skuteczność trafień na poziomie 75 %. Jako przykład udanego lobbingu podaje się zwykle europejskie regulacje dotyczące energooszczędnego oświetlenia i wycofania starych poczciwych żarówek. Ile jest w tym prawdy każdy musi ocenić pewnie sam. Cały czas idą jednak wysiłki żeby lobbing był transparentny i tu działają organizacje jak http://lobbyfacts.eu/ gdzie można sobie o szczegółach poczytać.

Niestety nie są to dla nas najlepsze informacje. Zaglądając na listę europejskich firm lobbystycznych widać, że z Polski zarejestrowanych jest tylko 97 (o kilka więcej niż z Portugalii) a niemieckich jest na poziomie 860, natomiast belgijskich (Bruksela) już 1694. Widać że krajowo do końca nie umiemy i nie przebijemy się na europejskie progi. Może więc warto skorzystać z profesjonalistów. Tu też można przeczytać jak wydają poszczególne firmy – rekordzistą jest Yara SA (sustainable agriculture – cokolwiek to znaczy) z wynikiem 7,5 mln Euro rocznie, potem Philip Morris (5,25). Jest też dużo koncernów przemysłowo-energetycznych w czołówce i tak Siemens (4,3 mln), GDF Suez (4 mln) i GE (3 mln). To wszystko oficjalne dane, które mają pokrycie w fakturach, umowach i usługach. Jak na tym tle wypada Polska? Niestety bladziutko – łączne wydatki wszystkich firm z Polski to ok 1,6 mln Euro rocznie z tego prawie połowę wydało Allegro. Z naszych energetycznych championów jest PGE – ok 200 tys. Euro, PGNiG – 50-100 tys. Euro i Towarowa Giełda Energii – 50 tys. Euro. Trzeba sobie jasno powiedzieć – to są grosze i drobiazgi. Za takie pieniądze nie ma mowy, żeby jakikolwiek polski głos i problemy polskiej energetyki były słyszalne na brukselskich salonach i nic dziwnego, że potem jesteśmy stawiani w każdych negocjacjach w narożniku. Na nic pospolite ruszenie i wielka koncentracja na kluczowych negocjacjach (jak ostatnio w październiku) kiedy wcześniej nie było długiej lobbystycznej pracy (i wydanych pieniędzy). Tu chyba robimy podstawowy błąd. Jeśli gramy na cudzym boisku – musimy przystosować się do tych szczególnych reguł. Nie mamy co płakać, że nikt nie rozumie naszych slajdów, naszej ciężkiej sytuacji z CO2 i kłopotów naszych górników, jeśli nie wynajmiemy odpowiedniego kanału przekazu – a wiec profesjonalnych firm lobbystycznych. To się na pewno opłaci. Wydaje się, że jeśli oceniamy skalę naszych inwestycji w energetyce na 100 mld PLN w ciągu dekady, jeśli koszty opłat emisyjnych CO2 pod koniec kolejnego dziesięciolecia będą sięgać 10 mld rocznie (i nie wiadomo czy tylko kierowanych do polskiego budżetu) to warto walczyć o każdy zapis, o każde zdanie i o każdy popierający głos w czasie negocjacji. Zanim wydamy wiec kolejne miliardy – może warto zainwestować miliony. Wydatki na lobbing powinny być co najmniej 10 krotnie wyższe. Może warto utworzyć wewnętrzne porozumienie największych energetycznych koncernów i zarezerwować pewne środki w budżetach, żeby cały czas walczyć o korzystne dla Polski zapisy. W końcu jeden mały przecinek lub jakieś pół zdania małymi literami może literalnie znaczyć kilak miliardów więcej lub mniej. Gdzieś te miliardy trzeba znaleźć i będą one na pewno na naszych energetycznych rachunkach. Może wiec warto zainwestować te grosze ?

Zostaw komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *