Wyspę Miłości można znaleźć prawie w każdym kraju i zakątku ziemi. W Chorwacji jest ich nawet zatrzęsienie – najsłynniejsze to Lokrum koło Dubrownika i Galešnjak dalej na chorwackim wybrzeżu. Pierwsza wyspa owiana jest całym zestawem legend poczynając od czasów średniowiecznych (miał tam podobno rozbić swój statek Ryszard Lwie Serce wracając z wypraw krzyżowych).  Wyspa była urokliwa – więc budowano tam pałacyki i opactwa dla mnichów, ale i dobrze położona strategicznie – więc Napoleon w ramach swoich podbojów założył tam fort (wyganiając mnichów, którzy rzucili na miejsce klątwę – co prawda dziwne, że klątwą dostała sama wyspa, a nie sam Napoleon). Od tego czasu Lokrum jest miejscem wielu opowieści o nieszczęściach – od Cesarza Maksymiliana (jeden z mniej ważnych członków rodziny Habsburgów, który ten kawałek ziemi odziedziczył, a w poszukiwaniu korony wyruszył do Meksyku gdzie skończył przed rewolucyjnym plutonem egzekucyjnym w republikańskim powstaniu Juareza). Potem było jeszcze kilka nieszczęśliwych wydarzeń związanych z tymi co Lokrum zamieszkiwali, a nawet tylko chcieli zanocować (utopienia, niezwykłe przypadki śmierci, utrata zmysłów). Być może jest to powód tego, że dziś do Lokrum dopływa się statkiem turystycznym tylko na spacer, a ostatnim kursem do Dubrownika zmyka nawet obsługa turystyczna. Lokrum jest zamieszkała przez pawie, które są literalnie wszędzie, a szczególnie ich pozostałości przemiany materii, więc każdy wraca z pamiątką z tej wyspy miłości na butach.  Wyspa Galešnjak z kolei ma mniej legend, bo jest z góry niezamieszkała i bardzo mała, ale kształtem prawie idealnie przypomina piktogram serca. Dzięki swojemu kształtowi wyspa stała się Wyspą Miłości dla nowożeńców robiących romantyczne sesje fotograficzne, które potem tak szybko są chowane na dnie szuflady przy kryzysie w związkach. Wyspy Miłości ma oczywiście też i Polska – taką z legendami jest na Jeziorze Niegocin koło Giżycka, gdzie mieszkający tam zamożny Rybak nie pozwolił ostatniej (13-tej!) córce Galindzie poślubić chłopaka z lądu. W legendzie przy dużej pomocy czarów, chłopak został zamieniony w żabę, a Galinda kiedy go rozpoznała po pięknych, wpatrzonych w nią (już żabich oczach) zamieniła się w kamień.  Mniejszych Wysp Miłości jest też bez liku – prawdopodobnie ma je każde miasto jak np. Szczecin ma swoją na Jeziorze Słoneczne gdzie dla wygody zakochanych można dostać się mostkiem.  Dla odmiany, jeśli ktoś z kolei gustuje w odmianie azjatyckiej, można też po koronawirusie wyskoczyć do Korei Południowej na jej wyspę Jeju, która też jest Wyspą Miłości, a tak właściwie czymś w rodzaju parku rozrywki z zestawem erotyczno-obscenicznych rzeźb, co daje pewnie jakieś walory edukacyjne dla zainteresowanych. Tak więc Wyspę Miłości – można wybrać sobie do woli – zgodnie z zainteresowaniami i aktualnymi trendami.

 

Teraz jednak „Wyspa Miłości” jest tylko jedna. Znak naszych czasów i szczytowego rodzaju pewnej formy kultury (?) jako periodyczny program rozrywkowy pojawiających się już chyba co najmniej w dwóch stacjach i w kolejnych seriach. Tu sama wyspa niekoniecznie jest wyspą, ale zestawem kilkunastu w miarę młodych (ale nie najmłodszych) chłopców i dziewcząt, prowadzących (w założeniu) wyrafinowaną (?) grę towarzyską. Początki „Wysp Miłości”: każdy pewnie oglądał z pewnym zainteresowaniem, które szybko przeszło w niedowierzanie i zażenowanie. Wszystkie odcinki (niezależnie od stacji i kolejnego releasu tego formatu) wyglądają bowiem dokładnie tak samo – zestaw kilkunastu osób, w tym dziewcząt o niecodziennych imionach i raczej banalnych tatuażach w każdym miejscu oraz dobitnymi oznakami dostępności chirurgii plastycznej w przystępnych cenach, cały dzień leżą w leniwych pozach w okolicach centralnego miejsca – czyli basenu. Co powtarzalne to mężczyźni raczej na wznak z szeroko rozłożonymi nogami pokazując krocze w kolorowych szortach, natomiast kobiety w pozycji brzucho bocznej z wypiętymi pośladkami, za którymi czasami tylko można zobaczyć przemykający się sznurek czerwonych stringów. Oczywiście moja ocena nie jest subiektywna szczególnie w stosunku do mężczyzn ponieważ daleko mi do ich wyćwiczonych na siłowni figur i sześciopaków, starannie wytrymowanych fryzur i bród, a w szczególności wygolonych klatek piersiowych pokrytych dziarą skrzydeł orła. Efekty wizualne starczają zwykle na kilka odcinków po czym zaczynamy słuchać konwersacji … i tu niestety dramat. Okazuje się, że kilkanaście osób stłoczonych wokół basenu potrafi osiągnąć jedynie poziom wczesnej klasy gimnazjum (które i tak już zlikwidowane) i w żaden sposób nie przekazać jakiejkolwiek głębszej, a nawet płytszej myśli. Całość konwersacji toczy się wokół zagadnień „a czy myślisz, że on/ona ze mną to tak ..poważnie czy nie..” lub „czy z nim to warto na stałe czy też powinnam popatrzeć na niego” albo „ona to jest strasznie wredna, bo w wcale z nim nie jest szczera” – czyli to co znamy ze wspomnień zaawansowanych konwersacji na korytarzu szkolnym. Po pewnym czasie mniej wykształcony obserwator albo ktoś oldschoolowy (i wiekowy jak ja) zaczyna się gubić, bo ideą dzisiejszej „Wyspy Miłości” jest roszada par i układów. Jak przepuścić jeden odcinek to widzi się znowu jednakowe piersi i pośladki, ale w układach z innym kolorem szortów. Jedno jest wspólne i dominujące – teraz nie ma żadnej refleksji, żadnej myśli, żadnego interesującego tematu ani żadnej, nawet najdrobniejszej chęci poznania czegokolwiek na świecie lub zastanowienia się nad  czymkolwiek. Nie jest nawet istotne gdzie to się dzieje, bo i tak najważniejszy jest basen i strój kąpielowy.

Znak czasów?  kiedyś były teleturnieje, jakieś gry i zabawy, czasami konkursy czy kłótnie, a może próba zadawanie filozoficznych pytań – dziś już tylko bezrefleksyjne spędzanie czasu w zestawach przypadkowo spotykających się ludzi, nie mających sobie nic zupełnie do powiedzenia. I widzowie (w tym ja) bezrefleksyjnie i tępo wpatrujących się w kolejny (jednakowy zresztą) pośladek. Misje mediów przeniosły się od zmieniania świata w wypełnianie świata – nie ma się nad niczym zastanawiać, należy tylko po prostu przerzucać czas między palcami, a każdą refleksję czy jakiekolwiek pytanie o sens, natychmiast zabić i o tym zapomnieć. „Wyspa Miłości” to właśnie kwintesencja naszych czasów  …. I to co właśnie my wybieramy jako nasz sposób spędzania czasu. Niestety jedyna refleksja jaka po tym zostaje – wybraliśmy pustkę, więc tyle też po nas zostanie dla następnych pokoleń.

Zostaw komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *