Właściwie nic nie słyszałem o tsunami w młodości – jakoś nie było nic widać na Bałtyckich plażach. Potem też zawsze leżałem na piasku nieświadomy zagrożeń , dopiero katastrofa z grudnia 2004 pokazała, że rajskie plaże i spokojne wczasowanie, wcale nie musi być tak bezpieczne. Okazuje się, że przed samym nadejściem fali pojawiają się pierwsze oznaki kataklizmu – najpierw niespodziewane cofanie się morza, potem dziwne bąbelki powietrza i zawirowania wody , które wprawnemu obserwatorowi dają znak,  że należy natychmiast uciekać jak najwyżej, zostawiając wszystkie niedokończone sprawy na plaży, bo i tak zaraz nasze kocyki, kanapki, picie i pracowicie wykopane grajdołki – zupełnie nie będą ważne. Patrzyłem też na amatorskie zdjęcia z tsunami z 2004 i tego nowszego w Japonii – nie wszędzie była widoczna wielka nagle uderzająca jak ściana , gigantyczna fala , tak chętnie portretowana w filmach katastroficznych, przez scenarzystów i speców od efektów specjalnych. Bynajmniej, mam filmik z Japonii, gdzie działo się to wręcz niesamowicie , woda po prostu wlewała się i wlewała, na początku nawet zabawnie jakby większa kałuża po deszczu, potem zalewając przybrzeżne place i kawałek parkingu , wszystko powoli , a ludzie wokół z zainteresowaniem patrzą na zjawisko. Za chwilę już mało śmiesznie, bo powoli ale systematycznie , woda odcina domy i drogi dojazdowe, wszyscy uciekają nagle w popłochu na wyższe piętra, woda niby nie wzburzona, ale nagle jest jej strasznie dużo i samochody, jakieś kawałki blachy, drewno i słupy telefoniczne, pływają jak dziecięce zabawki. Ktoś próbuje ratować swoją ulubioną Toyotę, pewnie kupiona w systemie ratalnym, uciekając przed leniwie wznosząca się wodą, ale chyba nadzieje złudne bo mimo że wolno to bez ustanku, i teraz już obraz pokazuje makabryczne historie gdzie żywioł porywa samochód z człowiekiem w środku.

Tsunami gospodarcze też nie musi przychodzić nagle. Na początek widać nieznaczne, prawie niewidoczne oznaki problemów. Ekonomiczne analizy, których już nikt nie czyta lub nie bierze na poważnie, bo Ci goście pomylili się tysiąc razy i wciąż myślimy, że chcą spekulować na akcjach i walucie. Analizy które pokazują rysunkowe trendy gdzie krzywe idą w dół, albo słupki kurczą się dramatycznie i zaczynają zmieniać barwę z zielonych, na niebieskie, potem żółte i pomarańczowe aż do różnych odcieni czerwieni. Coś bardziej konkretnego, małe osiedlowe sklepiki wywieszają kartki, że już będzie zamknięte. Gdzie indziej zamykają połowę albo przenoszą się do innego miejsca. W mojej skrzynce mailowej kilka informacji, że firma z których usług korzystałem, już nie przetrwa zimy. Facet w sklepie sugeruje ze lepiej mu zapłacić w gotówce a nie kartą. Małe bąbelki w zawirowanej wodzie. Psychoza złej pogody rozprzestrzenia się jak zaraza, Indeksy PMI i optymizmu notują rekordowe doły i nikt nie wie czy nie będzie jeszcze niżej. Woda się cofa i wszyscy ograniczają budżety, inwestycje zagrożone, bo nie wiadomo dla kogo inwestować. Najgorszy nastrój złej pogody, bo właściwie już wszyscy kryzys wywróżyli i będą się czuli nieswojo jeśli tsunami nie przyjdzie. Trudno nawet powiedzieć czy to jakiś spóźniony nastrój „fin de siecle” albo wpływ źle przeczytanego kalendarza Majów. Jedno jest coraz bardziej pewne – idzie fala. Niekoniecznie musi uderzyć z pełną siłą, to raczej znowu rozlewająca się co chwila woda, padające co chwila granice, wszyscy uciekający na górne piętra i bez pewności czy to wystarczy czy też jeszcze nie zaleje. Ten kto nie uciekł w porę, będzie filmowany i pokazywany w kolejnym katastroficznym odcinku.

Pierwsze momenty mamy już przed sobą. Rynek informatyczny bezwzględnie wkracza w fazę stagnacji (jeśli tylko) i „trudnych czasów”. Budżety korporacyjne i plany sprzedaży wciąż jeszcze mają zaplanowane optymistyczne wzrosty, a sprzedawcy liczą wskaźniki wyśrubowanych targetów, ale powoli wszyscy zdają sobie sprawę, ze z wielką wodą się nie wygra. Kwestią czasu jest tylko zrewidowanie celów i prognoz – na „małe” lub „duże” tsunami.  Energetyka i zaplanowane inwestycje – już w wodę wpadły co najmniej po kolana. Widać zmniejszające się zużycie energii i dołowanie cen na giełdzie – zarówno transakcje natychmiastowe jak i długi horyzont. Raczej niepewność i stagnacja, co sprzyja tylko przesuwaniu kolejnych harmonogramów. Zapięcia finansowego inwestycji nie widać, a na dodatek firmy co miały budować właśnie pokazały swoje  półroczne wyniki, gdzie nawet trudno mówić o dołku bo dziura jak w Rowie Mariańskim. Nieudane budowanie dróg przycisnęło do ziemi inwestycyjne spółki – zarówno PBG jak i Polimex właśnie pokazało katastrofalne dziury w bilansie, co stawia pod znakiem zapytania możliwości prowadzenia kolejnych projektów, właściwie cała przyszłość energetycznych fabryk, które są z nimi zintegrowane i teraz mogą być wystawione na sprzedaż, nie mówiąc o relacjach z bankami które w kategorii „złe-dobre” osiągnęły pewnie poziom „koszmar”. Wciąż w oficjalnej polityce informacyjnej dominuje już nieco ostudzony optymizm i dobra mina .Niestety rzeczywistość chyba powoli okazuje się być katastrofalną i nie można spodziewać się szybko poprawy.

Prognozy pogodowe są niedobre. Zagraniczni inwestorzy, przyzwyczajeni do szybkiej spekulacji i uciekania z miejsc zalanych wodą , już na pewno przenieśli co cenniejsze dobra na spokojniejsze obszary, a teraz kontynuują spokojna politykę udawania się na wyższe pietra. Z kolei rządowe projekcje budżetowe na 2013 wciąż jeszcze quasi-optymistyczne bo bilansowo na plusie. Woda przybiera, a bąbelki coraz silniejsze. Nie wiadomo ile zaleje, choć wiadomo, że zaleje na pewno. Cała nadzieja ze przeżyjemy 21.12.2012 i wraz z nowym słońcem roku „Pierwszej Trzciny” wróci optymizm, a woda cofnie się dając szansę na nowe zbiory. Nadzieja wątła … dlatego też na wszelki wypadek sypie worki z piaskiem .

Zostaw komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *