Moment, w którym człowiek zaczyna czuć się nieswojo w otaczającym świecie jest chwilą szczególną. Pokazuje, że niezależnie od stanu kości, mięśni, ciśnienia krwi, pozytywnych wyników okresowych badań, a nawet pomimo uzyskania kolejnego zezwolenia na prowadzenie samochodu służbowego po zdaniu zagadkowego testu w rejonowym  oddziale badań psychologicznych, że przychodzi czas kiedy otaczający świat zaczyna nas przeganiać. Poczułem to nagle w wielkim centrum handlowym, mając chwilę czasu przed jakimś spotkaniem biznesowym, którego już nie pamiętam.  Nagle zaczęli otaczać mnie ludzie zachowujący się niecodziennie – każdy z nich niosący przed sobą jak cenny przedmiot, prostokątny telefon komórkowy lub mówiący jak somnambulik do bezprzewodowych gadżetów wpiętych w uszy lub przyczepionych gdzieś do ubrania. W oka mgnieniu poczułem się jak w nieznanym świecie, nowoczesnych zombie, gdzie każdy jest w mobilnej sieci, wpatruje się migoczący ekran lub też słucha czegoś w wielkich kolorowych słuchawkach, w ostateczności też z niejakim obrzydzeniem używa telefonu jako telefonu i prowadzi mniej lub bardziej zaciekłą konwersację. W panice przeplatanej z poczuciem bezradności i osamotnienia zacząłem liczyć „komórkowców” i „bezkomórkowców”,  tych co mają coś w ręku lub przy uszach i tych co według mnie poruszają się normalnie, korzystając z klasycznych zmysłów danych nam przez tajemnice życia.

1:1, 2:1, 7:6 – na początek na ruchomych schodach wciąż panuje równowaga. Połowa trzyma telefony w ręku lub przy pomocy zintegrowanych gadżetów udaje się do własnego świata, a połowa jednak patrzy uważnie na poruszające się stopnie. Potem trochę gorzej, bo wpadam na grupkę młodzieży, kiedyś pewnie gimnazjalistów, teraz niewinnych ofiar reform edukacji nieznających, do którego z toków nauczania przypisze ich szkoła, która zresztą pieczołowicie zmienia nazwę a i tak nie wiadomo czy właśnie nie strajkują tam nauczyciele. Wszyscy za to mają lśniące telefony w ręku, najlepiej w srebrnych lub złotych barwach lub wymyślnych okładkach, 16:9 dla mobilnych. Za chwile zaraz maturzyści co widać po biało granatowym stylu ubioru, choć niektórym z dziewcząt pod makijażem można by dać lat z wyglądu spokojnie ponad 27. Tych można zrozumieć, bo oczywiście wpatrzeni w ekrany szukają wyników zadań z matematyki i wymieniają typy na nowe tematy z angielskiego. 21:13 i potem mam przez chwilę nadzieję na odrobienie strat, bo dwóch facetów pogrążonych w burzliwej dyskusji o aktualnych wydarzeniach politycznych, kobieta w średnim wieku z siatkami w obu rękach i jeszcze dwie sąsiadki, zażarcie obmawiające swoją przyjaciółkę – to zawsze lepiej się robi w bezpośredniej rozmowie z gestykulacją. 33:22, ale za chwilę kawiarnia, a właściwie nowa forma tego co kiedyś zwało się kawiarnią. Na początek było miejsce spotkań elegantek przy kawie i ciastkach, rozmowy przyjaciółek, ale i niewinne i mniej niewinne flirty i ukradkowe spotkania par, potem burzliwe dyskusje lwowskich matematyków z Banachem na czele i literackich Skamandrytów, recytujących swoje świeżo napisane wiersze. Wreszcie oazy dymu papierosowego, który można było kroić i pogaduszki godzinami przy małej kawie z ciastkiem. Teraz to już zupełnie coś innego. Klinicznie czyste, bezosobowe miejsce z małymi stolikami i lekarsko niewygodnym krzesłem. 11 osób i wszyscy literalnie zapatrzeni w komórki. Cała rodzina, ciężko odpoczywająca po zakupach, on śledzi wyniki jakiś zawodów sportowych, ona przegląda plotki z serwisu. Przy nich też i dorastająca córka followująca na Instagramie i mniej więcej dziesięciolatek walący po ekranie w jakiejś grze wybuchowymi dźwiękami i  migającymi obrazkami. Obok chłopak i dziewczyna na pierwszej randce, dwoje przepięknych młodych ludzi o błyszczących włosach i olśniewająco białych zębach. Ona piękna klasyczna uroda z teledysku  Polo TV i dużych wargach przywodzących na myśl ryby w akwarium, właśnie robi zdjęcie miski z dwoma kulkami rozbełtanych lodów. Pieczołowicie układa w kompozycji palce pomalowane w nowoczesny wzór kolorystyczny jakiego nie powstydziłby się Gauguin w swoich malarskich obrazach z Tahiti.  Kilka razy musi usunąć pierwsze nieudane próby, ale potem umieszcza chyba zdjęcie gdzieś na social mediach i widać szeroki uśmiech po pierwszych „lajkach”, które szybko rozklikują się w telefonie. On z kolei, piękny urodą klasyczną i z włosem postawiony przy pomocy połówki butelki żelu, ukradkiem pisze SMS do alternatywnej wybranki, jeśli ta pierwsza jednak nie przypadłaby mu do gustu. 56:30 – szala wyraźnie przechyla się na jedną stronę – idę dalej i przede mną dziewczyna o „Kardashiańskich biodrach”, ale z telefonem w tylnej kieszeni. Jego wygięcie dobrze świadczy o producentach, którzy przewidzieli wszystkie naprężenia i momenty gięte – liczę 61:39, ale nie … jak ją mijam, to jednak widzę, że ma drugi telefon w ręku i muszę skorygować wynik. Znowu tłum ludzi 73:42 i zaczynam już tracić nadzieję , kiedy mija mnie człowiek w pędzie – pilna potrzeba gna go w zaułek znaczony odpowiednią ikonografiką. Idę za nim licząc na więcej, ale to pułapka, na kanapach przed toaletami kolejnych 3 facetów z komórkami czekających pewnie na swoje partnerki oglądające zdjęcia w samej ubikacji, a może po prostu przypiliło ich z wysłaniem MMS-a. Wchodzę do toalety, chwila spokoju 76:44, 76:45, ale nie … jest facet przy pisuarze z telefonem w ręku. Na razie w lewej, ale nie … już zmienia na prawą, bo jest praworęczny i musi coś napisać, ale w locie też nie przerywa ważnej czynności, uciekam  stamtąd myjąc ręce, ale niestety 77:45, bo obok inny też ręce myje a i komórka leży z boku, i idzie w świat transmisja na żywo. Żona lub narzeczona, a z tyłu jeszcze kilka osób z rodziny i mówią jak pięknie jest w tym naszym mieście z panoramą na pisuary. Znowu jakaś mini knajpka i znowu same komórki, tym razem są też punkty ładowania, więc wszyscy na dodatek są opleceni w kable o różnych kolorach. Na kanapach naprzeciwko siebie siedzą młodzi trzydziestoletni, on w białych butach najnowszej mody, a ona w wysokich szpilkach na długich zgrabnych nogach. Oboje rytmicznie wykonują te same czynności, przesuwając palcem to w lewo to w prawo w tej samej aplikacji. Ona ma nawet jakiś magiczny gadżet – rodzaj otwartego naparstka z tyłu komórki gdzie można włożyć palec wskazujący i tak trzymać urządzenie bez zmęczenia ręki. Prawo, lewo, prawo, prawo, lewo tak razem sobie przesuwają, może nawet nie wiedząc, że gwiazdy już dawno uknuły dla nich przeznaczenie i że być może w tym samym momencie w to samo prawo przesuwają swoje fotografie, tak aby spotkać się za chwile na prawdziwym spotkaniu randkowej aplikacji, nawet nie pamiętając, że przecież byli już tak blisko siebie. Biegnę więc dalej wiedząc, że na pewno zwycięzca jest już jeden, kolejna grupa dziewcząt robiąca selfie przed sklepem z ubraniami i młody chłopiec trzęsący się w rytm muzyki, która bezgłośnie dla postronnych, wali go po uszach z magicznej, króciutkiej słuchawki nowej generacji. Idę już do wyjścia, ale jeszcze dwa razy wpadają na mnie osoby z komórkami w ręku – jak widać nie potrafią już znaleźć czego szukają patrząc w dal przed siebie, a koniecznie śledząc wskazania nowej marketingowej aplikacji. 86:52, 91:54 .. i znowu jestem na schodach zjeżdżając do klaustrofobicznego garażu – tym razem to już inna godzina i wszyscy pod rząd wpatrzeni w komórki jadą w górę po schodach, wszyscy nie mówią ani słowa, bo są skupieni na kolejnych obrazkach piesków, kotków czy też pastelowych sukienek z letniej kolekcji. 99:54 – wybiegam na sam dół i jedyna radość, że nie przegrałem kompletnie i nie ma magicznej setki, ale nagle słyszę pisk hamującego samochodu. Kierowca prawie w moim wieku właściwie wjechał w moje niezgrabnie rozbiegane nogi, bo akurat wpatrzył się w komórkę wysyłając ważnego korporacyjnego maila, a może pisząc ważnego maila do nieważnej kochanki. Na szczęście nowe technologie samochodu premium przewidziały taką możliwość i samochód traktując mnie jako starą, drogową przeszkodę zgrabnie zahamował automatycznie, jak to jest napisane w instrukcji i reklamowym folderze. Facet uśmiecha się przepraszająco, a ja nawet to rozumiem, ale dla siebie doliczam 100:54 i odchodzę zrezygnowany.

Nagle słyszę brzęczyk telefonu w kieszeni marynarki i rzucam się nerwowo, bo to może jakiś ważny telefon i dzwoni namolny sprzedawca z call center cyfrowej telewizji albo jakiś sprzedawca garnków, który podobno mój numer wylosował w przypadkowym, komputerowym programie, albo znowu oferta z banku kolejnej karty kredytowej czy też pytanie o jakość obsługi w serwisie odkurzaczy. Nie … tym razem to informacja z mojego telefonu… „Twój średni czas dzienny używania urządzenia to 4 godziny 20 minut”. I teraz ja uśmiecham się uspokojony, bo może nie jest jeszcze ze mną tak źle, bo jak by odliczyć czas na sen to trochę jednak jestem w tym mobilnym świecie i może jeszcze nie czas żeby odpływać do Bizancjum ….

A Ty ile z tych 657 000 godzin życia spędziłeś dziś na mobilnym urządzeniu, które kiedyś służyło jako telefon?

* Tytuł jest oczywiście parafrazą pierwszego wersu wiersza Yeatsa „Żeglując do Bizancjum” w oryginale „to nie jest kraj dla starych ludzi”. Ten słynny wiersz Yeatsa został wykorzystany poprzez cytowania lub odnośniki kulturowe w wielu utworach (m.in. film braci Coen), tomie wierszy Silverberga, „Ziemi Jałowej” Eliota, kolejnych kryminałach i opowiadaniach sci-fi. Można dokładnie sprawdzić na urządzeniach mobilnych z dostępem do internetu, ale polecam czytanie samego wiersza na analogowych stronach książki 🙂

Jeden komentarz do “To nie jest świat dla starych ludzi* (dziękuję Steve’e Jobsie)”

  1. Ja z tych 675 000 godzin jakie mi statystycznie dała natura (w tej rzeczywistości) ze smartfonem i innymi tabletami spędziłem nie wiecej jak ….10 godzin – słownie : dziesięć – i nie dzisiaj – tylko w całym moim dotychczasowym życiu trwającym coś koło 453754 godzin. Mało tego z faceboka i innych instagramów nigdy nie korzystałem, nie logowałem i generalnie uważam je za przejaw współczesnej wersji choroby zwanej ekshibicjonizmem (stąd świadomie unikam aby sie nie zarazić – czort wie czy nie przełazi po drucie ,światłowodzie lub WiFi). Dlaczego jestem „nie trendi” ? – „abo”:
    1) nie chcę być przywiązany do ładowarki albo nosić na plecach „ruski akumulator”,
    2) moim zdaniem jest to nieprzydatny złodziej czasu
    3) bardzo łatwo to uszkodzić a „naprawialność” znikoma,
    4) niebezpieczne: przegrzanie/uszkodzenie akumulatora powoduje samozapłon bądź wybuch-
    (trzeba uczulać małolaty aby nie spali ze smartfonami podłączonymi do ładowarki),
    5) jest przejawem współczesnej kolejnej choroby którą nazywam „gadżeciarstwem” czyli nieuświadomionym pędem do posiadania
    najnowszych wersji i odmian (czegokolwiek) pomimo tego że starsze jak najbardziej działają i są nawet lepsze od tych nowych ( w
    skali globalnej jest to nieuzasadnione niszczenie zasobów naturalnych),
    6) chcę być „eko”- nie zużywać bezmyślnie i bezcelowo zasobów o których wspomniałem.
    7) zależy mi na jak najwyższej prywatności, a systemy operacyjne tych urządzeń robią znacznie więcej niż nam się powszechnie
    zdaje-mało tego sami im to umożliwiamy instalując różne dziwne aplikacje rzekomo przydatne,
    8) trzy lata temu w praktyce przekonałem się jak działa inwigilacja służb w sieci i do jakich kuriozalnych sytuacji może dojść- i to w
    naszej energetycznej branży,
    Osobiście od kilku lat posługuje sie telefonem który „ma wszystkie pod sobą” bo : ładuję go raz na dwa tygodnie, setki razy upadł jak nie na beton to w błoto , do rowu kablowego ,kanału itp. Nie straszne mu pyły ,oleje i opiłki przemysłowe, rozpuszczalniki i żrąca chemia. Słowem : chyba mnie przeżyje……..
    I na zakończenie : pozdrowienia dla „Pana Kapitana”, który przeciągnie „niniejszy rekord” przez swoją służbową maszynę celem wyłowienia z korespondencji szkodliwych „nielegalnych” treści zagrażających „żywotnym interesom państwa” tudzież obecnej władzy… z nadania której pan kapitan ma robotę .

Zostaw komentarz:

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *