W pewnej części miasta o trudnej historii, powstała osiedlowa piekarnia. Zbudowano ją w czasach wielkich inwestycji w nadziei na kompleksowe rozwiązanie problemów z dostępnością pieczywa. Inwestycja była sponsorowana przez państwo i zarządzana w modelu państwowo-komunalnym, z systemem gwarantowanych miejsc pracy dla mieszkańców, stale zasilana była z budżetu centralnego więc realizowała misję bez większych problemów. Jednak taki model działania tego przedsiębiorstwa powodował też odpowiednie konsekwencje. W asortymencie piekarni był tylko jeden typ bułek, bez możliwości urozmaicania. Piekarnia zajmowała się jedynie produkcją bułek, oddając całe pole dystrybucji i marż na sprzedaży w inne ręce. Klienci oczywiście narzekali, że wypieki nie są zbyt smaczne, jednak argumentami władz były konieczność rozwoju lokalnego przemysłu oraz ewentualne trudności w zapewnieniu pracy dla mieszkańców osiedla. Od czasu do czasu pojawiał się nawet chwilowy boom. Krach na rynku dostaw innych produktów oraz pojawianie się kilku nowych okolicznych szkół, nagle rozwinął bułkowy popyt. Wszyscy podnieśli ceny i nagle produkcja bułek stała się ciekawym przemysłem. Oczywiście nie pozostało to bez wpływu na pracę w piekarni. Nie tylko podniesiono płace, bo konkurencja zarabiała więcej, ale również zwiększono piekarnicze przywileje – zarówno w pieniądzu jak i w samych bułkach dawanych pracownikom do domu. Strumień pieniędzy ze sprzedaży pozwolił nawet piekarzom wynajmować zewnętrznych pracowników z rynku, którzy zastępowali ich w czasie nocnych wypieków, co wreszcie ustabilizowało życie rodzinne piekarzy i znacznie przyczyniło się do podniesienia zadowolenia z pracy. Silne organizacje piekarnicze organizowały spotkania i pikniki, a okoliczne szkoły promowały kursy edukacyjne wypieków bułek. Niestety niespodziewanie wszystko zmieniło się na gorsze. Na rynku pojawiły się dostawy z innych piekarni – nie tylko znacznie tańsze, ale też w postaci różnych typów bułek oraz chlebków z makiem zaplatanych w fantazyjne wzory oraz dostarczanych prosto do domu klienta. Ktoś inny oferował bułkę szybciej, smaczniej i taniej. Na dodatek część klientów zaczęła piec bułki własnoręcznie w domu albo przerzuciła się na dietę bezglutenową.

Mimo wszystko rzeczona piekarnia pozostawała przy swoim modelu zarządzania, bez reagowania na zmiany jakie zachodziły w otoczeniu. Informacje o przeobrażaniu się rynku przyjmowane były z niedowierzaniem. Traktowano je jako chwilowy spisek konkurencji i zagrożenie dla osiedlowej misji. Na próbę pomysłów z ograniczeniem wynagrodzenia i darmowych bułek dla pracowników, zareagowano nerwowo, wymieniając zarząd piekarni. Ale problem trwał nadal. Bułki już nie sprzedawały się na rynku, tworząc stosy zapasów. Brak pieniędzy w kasie, opóźniał płatności za mąkę i drożdże. Piekarze i ich związki zaczęli akcje informowania państwowych właścicieli o konieczności zwiększenia dotacji i ratowaniu strategicznych dostaw. Krótkoterminowo kolejny raz wymieniane były zarządy piekarni, a dla wspomagania finansowego, urzędy miejskie wykupiły cały zapas starych bułek. Powstał kompleksowy program ratowania piekarni oraz prowadzone były audyty sprawdzające koszty. Wymyślano kolejne koncepcje ratunkowe podnoszące konieczność strategicznego „bezpieczeństwa bułkowego” w dzielnicy, a wobec tego wprowadzanie ograniczeń w dowozie bułek z innych miejsc, ustawowego zablokowania możliwości wypieku bułek w domu (kwestie certyfikacji wypieku), ustawowej odległości pomiędzy piekarniami, a także szeroko wprowadzany program zwiększania konsumpcji bułek na mieszkańca. Urzędy kontynuowały wykup produkcji piekarni i dodawały swoim pracownikom po bułce na śniadanie.

Kwestia wypieków podnoszona była również na poziomy ogólnospołeczne, dyskutowano problem zagrożenia pieczenia bułek, które były narodową domeną, zagrożeń bezpieczeństwa bułkowych dostaw i ponownie podnoszono kwestię wpływu piekarni na poziom zatrudnienia w dzielnicy. Dyskusja przynosiła skutek. W nowym programie działania piekarni, problemy zostają w większości rozwiązane. Co prawda wobec silnego sprzeciwu organizacji piekarzy, nie ma mowy o jakimś poważnym ograniczaniu płac lub zabraniu bułkowych deputatów, ale pojawiają się nowe kredyty na utrzymanie pieczenia oraz zmiana nazwy piekarni na Strategiczną Grupę Bułkową (SGB). Przyszłe przychody zagwarantowane są obligatoryjnym wykupem starych bułek, a konkurencja musi spełnić ścisłe wymogi odległościowe i certyfikacyjne. Wprowadzane zostają symboliczne ograniczenia w dodatkowych bułkowych wynagrodzeniach, pojawia się też plotka o jakichś koniecznościach redukcji załogi, ale każdy wie, że nie jest to do końca poważne, zresztą każde z ograniczeń jeszcze dodatkowo musi być przegłosowane przez wszystkich. Co istotne, jak najszybciej na pokrycie niewątpliwych potrzeb finansowych wprowadzony zostaje specjalny jednorazowy (wyższy) oraz miesięczny (niższy) „podatek bułkowy” dla wszystkich konsumentów mleka i mięsa. Misja bułkowa jest utrzymana dalej (2016).

Czyżby historia skończyła się szczęśliwie? Niestety nie. Czas płynie dalej, a świat się zmienia. Konsumenci ciągle kupują bułki w innych piekarniach, więc w dalszym ciągu w bilansie osiedlowej piekarni dominują straty. Co gorsze – w następnych latach pojawiają się też i inne, ekonomicznie gorsze czasy. A wtedy urzędy centralne i dzielnice zaczynają mieć kłopoty na poziomie znacznie przewyższającym już same straty Grupy Bułkowej. Jak i większe kłopoty to i strategia inna. W kolejnych latach pensje przestają terminowo wpływać na konta urzędników, a więc nikt już nie przejmuje się strategiczną misją piekarzy. Działające, jak dobrze sterowane roboty, banki wysyłają odpowiednie pisma, a komorniczy urzędnicy naklejają nalepki i sprzedają wyposażenie za grosze. Wszyscy pracownicy otrzymują bezosobowe, jednostronicowe pisma z napisaną nowo-mową informacją o rozwiązaniu umowy w trybie stosownego paragrafu. Oczywiście piekarze okupują piekarnię, ale bezskutecznie. Po pewnym czasie na drzwiach piekarni wisi łańcuch z kłódką, a jedynym wspomnieniem po SGB jest naddarty plakat z reklamowym sloganem „Wcinaj nasze bułki”.

Nie jest moją intencją żartować z górników lub dezawuować ich ciężką pracę. Każdy wie, że jest to praca wymagająca wielkiego wysiłku. Gigantycznym problemem jest również (zmieniająca się na szczęście) zależność Śląska i Zagłębia od pracy kopalń. Ale nie można zamykać oczu na fakt, że świat się zmienia i że jutro nie będzie już tak jak dawniej. Górnictwo węgla kamiennego musi stawić czoło wyzwaniu, że ceny są niskie i że takie jeszcze na długo pozostaną, że energetyka będzie stopniowo z węgla rezygnowała (i to chyba jednak szybciej niż projektuje obecnie Ministerstwo Energii) i że nie będzie rosła sprzedaż węgla dla indywidualnych odbiorców (nawet w ręcz przeciwnie, będzie malała).

Górnictwo musi się zmieniać tak jak zmieniło się w Niemczech (planowany spadek wydobycia i zatrudniania wg umowy społecznej) albo jak w Anglii (gwałtowne i bolesne bankructwo sektora z protestami społecznymi). Nie da się wyjść z obecnych problemów bezboleśnie – z tą samą liczbą kopalń, z tymi samymi pensjami (średnimi i z dodatkami i deputatami). Nie da się prowadzić biznesu na stratach – to wiedzą wszyscy, którzy pracują na własny rachunek i nawet największa pomoc państwowa kiedyś się skończy. Jeśli nie chce się tego zaakceptować – to jednocześnie już dziś tworzy się katastrofę dla sektora w postaci wejścia w wariant „brytyjski” – bo za rok czy lat kilka, kiedyś koniunktura (ogólna) będzie gorsza i nie będzie już wtedy żadnego pola manewru. Co gorsza – nikt już wtedy nie będzie się KW czy PGG przejmował, a najmniej będą przejmować się będą losem bankrutujących zakładów ci, którzy będą ostatkiem sił utrzymywać się przy pracy. Zawsze byłem zwolennikiem twierdzenia, że lepiej zapobiegać niż leczyć i lepiej wobec tego próbować górnictwo „po niemiecku” niż „po brytyjsku” restrukturyzować, ale jak widać sektor w Polsce już wybrał. Dzisiejsze zwycięstwa nowych, bankrutujących tworów węglowych koncernów to zwycięstwa pyrrusowe, bo z biznesowego punktu widzenia lepiej żeby PGG upadł (nie powstał) niż ma powstać na zasadach, które gwarantują kolejne straty i kolejne restrukturyzacje w przyszłości. Naprawdę nie ma sensu tworzyć nowych szyldów i marketingowych plakatów dla powiewania na wietrze …

2 komentarze do “Smutna historia pewnej piekarni. Czyli dlaczego PGG, żeby powstać musi najpierw upaść?”

  1. Witam polski węgiel jest naszym ,,skarbem narodowym” za który coraz drożej się płaci na rynku wewnętrznym, w moim rejonie (okolice Torunia) to koszt 900 zł/tona, a perspektywa błękitnego węgla mim zdaniem przekracza sens zakupu opału o jeszcze 20 do 30% droższego paliwa. Nasze górnictwo 10 lat temu można było ratować programem wspierania sprzedaży kotłów z podajnikami automatycznymi jednocześnie zakazując wprowadzania do obrotu kotłów z załadunkiem ręcznym. Dzięki temu polepszył by się stan powietrza w miastach i na przedmieściach, bo dziś lepiej nie otwierać okna wieczorem żeby nie poczuć smrodku palonych odpadów, jestem doświadczany tym problemem co wieczór. Dziś wiadomo że technologie spalania paliw stałych idą w odstawkę, sam zastanawiam się w jakim kierunku przebudować kotłownie w moim domu, pracuje w firmie która produkuje i montuje instalacje wentylacyjne jako inżynier o specjalności sanitarnej i w mojej codziennej praktyce zawodowej nie widzę miejsca dla węgla jako paliwa. Nasz rząd spycha nas w przepaść pod nazwą górnictwo, przypuszczam że przez najbliższe 4-lata (lub co gorzej 8-lat) kopalnie przehibernują i na rynku w między czasie pojawią się tańsze od węgla technologie odnawialne. Jestem ciekaw gdy społeczeństwo znacznie ograniczy zużycie węgla jako źródła energii, co powiedzą górnikom rządzący, wtedy wszystko zwalą na poprzedników i światową dekoniunkturę. Polecam wykłady o energetyce Grzegorza Onichimowskiego są w sieci, dają dużo do myślenia jak dużo jeszcze trzeba zmienić w naszym przemyśle energetycznym.

Zostaw komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *