Opublikowano na www.natemat.pl : http://konradswirski.natemat.pl/76173,publikuj-albo-gin-czyli-jak-zyja-dzisiaj-naukowcy

Każdy zawód ma swoje prawa i reguły, tajemne ryty i magiczne sztuczki.  Ci którzy znają je najlepiej osiągają zwykle najwyższy stopień wtajemniczenia oraz cieszą się powszechnym szacunkiem jako mistrzowie swojego fachu. Nic dziwnego że podobnymi prawami i zwyczajami rządzi się także zawód … naukowca.

Osoby niezwiązane z nauka zwykle mają wyobrażenia zaczerpnięte z filmów – wielkie sterylne pomieszczenia naszpikowane najnowsza technologią, zaaferowani badacze – koniecznie w białych fartuchach i z przypiętymi identyfikatorami przechodzą przez kolejne drzwi zawsze zabezpieczone zaawansowanymi biometrycznymi zamkami (palec, oko, głos). Potem kosmiczne wyposażenie laboratoryjne i dziwna instalacja – jakiś nowy reaktor, bulgocąca maź biologicznej formy życia albo strój Iron Mana w wersji 6.0. Albo z kolei tajemnicze podziemia lub własne laboratorium i samotny badacz, który cos na kształt McGyvera za pomocą złamanego ołówka, starej latarki, paczki żyletek , dwóch kawałków sznurka i lustereczka robi nowy typ lasera pozytronowego (to oczywiście pomysły z filmów science fiction) labo komunikuje się z odległa galaktyką, a jak mu brakuje energii to się podłącza do kabla z najbliższej elektrowni atomowej i przy okazji wyłącza prąd w kilku miastach. Tymczasem rzeczywistość jest znacznie bardziej prozaiczna ….dziś czy w Polsce czy w jakimkolwiek renomowanym uniwersytecie w USA czy Europie, naukowców najczęściej można spotkać za biurkiem, w dość ubogo urządzonych gabinetach, wpatrzonych w ekran swoich komputerów …. bo piszą kolejne artykuły naukowe.

 

Rzeczywistość jest brutalna – sprawność naukowa jest sformalizowana i mierzalna – obecnie za pomocą analizy ilości publikacji i cytowania prac naukowych.  Naukowcy ścigają się w swoim numerku opublikowanych artykułów, dodatkowo wszelkie czasopisma maja swój własny ranking i punktację. Dlatego niewprawny obserwator zdziwi się jeśli przy danych naukowca zawsze zobaczy liczbę publikacji, ile z nich publikowanych jest w tzw. JSR czy „liście filadelfijskiej” (to z kolei trochę nieścisłe ale popularne w Polsce) i wykazie czasopism typu A lub B ze specjalnych zestawień Ministerstwa. Każde z czasopism ma z kolei swój własny IF (impact factor) który świadczy o jego prestiżu (i możliwości zdobywania kolejnych punktów), IF do 1 to poczatkujące, a okolice 4 to Himalaje publikacyjne dostępne dla wybranych. Sama ilość (i potem zebrane punkty – zależne of JSR, IF i wykazu Ministerstwa) to nie wszystko, od 2005 w środowisku naukowym szalona popularność zdobył tzw. indeks Hirscha (h).  Ponieważ naukowcy premiowani są nie tylko za samo publikowanie ale również za efekt swoich prac – najłatwiej (naukowo) mierzyć to ilością cytowań przez kolejnych naukowców. Indeks Hirscha to jeszcze bardzie wyrafinowana forma oceny bo mierzy nie tylko ile publikacji ale i ile razy dana została zacytowana – sama definicja jak to wyliczać jest zupełnie niezrozumiała dla niewybranych ale łatwa na przykładzie – indeks h=3 oznacza ze co najmniej 3 prace danego autora zostały zacytowane (każda z nich) co najmniej 3 razy przez kogoś innego (w sensownych czasopismach, eliminowane autocytowania).  Podnoszą się głosy że premiuje to mrówczą pracę i długotrwałą karierę, nauki medyczne i fizyczne i teoretyczne i oczywiście środowiska anglojęzyczne, ale pomimo (jak każdy wskaźnik) swoich niedogodności, indeks-h stał się rodzajem świętego Graala naukowców determinującym ich pozycję w świecie nauki.  O tym jak potrafi być wysoki – potencjalni Nobliści maja rzędu 35-45 – każdy co  cokolwiek publikował wie jak to jest daleko.

Nic dziwnego ze środowisko szybko przystosowało się do nowych reguł. Możliwość obiektywnej (lub quasiobiektywnej) klasyfikacji naukowców pokochały wszelkie instytucje nadzorujące przekazywanie pieniędzy na badania i rozwój. Nowe systemy informatyczne (Web of Science lub nieoceniony  Google Scholar ) pozwalają szybko weryfikować informacje i w pewien sposób na pewno porządkować osiągnięcia. Jak każdy system lekko zwichrowały tez i cała naukę – każdy pewnie narzeka ze od realnego wyniku bardziej ważny jest opublikowany artykuł (a co jeszcze ważniejsze cytowanie tzw. zewnętrzne – indeks h eliminuje zacytowanie swojej pracy w swoim kolejnym artykule). Naukowcy staja się po trochę biurokratami i formalistami – ale ta sama uwagę można właściwie powiedzieć o każdym zawodzie w dzisiejszym świecie prawników i finansistów, gdzie zanim wbije się łopatę w ziemię należy podpisać co najmniej 10 papierków, certyfikacje łopaty, szkolenie z używania łopaty i mieć dwa opracowania o oddziaływaniu łopaty na środowisko i potencjalnego dołka na faunę podziemną.

Dzisiaj dość zabawnie wyglądają wspomnienia romantycznych czasów wielkich odkryć naukowych – Becquerel odkrył radioaktywność podczas badania zjawiska fluorescencji i gdy poprzez zapomnienie włożył do kieszeni kawałek rudy uranowej owiniętej klisza filmową. Nasza sztandarowa Maria Curie-Skłodowska dostała potem do niego na zadanie pracy doktorskiej analizy szczegółowe kawałka kolejnej rudy i podejrzenie ze czai się tam jeszcze jakiś nieznany pierwiastek. Jeden ze słynnych naukowców swoja pracę doktorska zawarł na 2 stronach maszynopisu bo w końcu wiedział ze odkrył coś naprawdę ważnego i jak to udowodnił to nie ma co się rozpisywać dalej, o magicznych eksperymentach i nawet próbach wydobywania odkryć z podświadomości jak w przypadku Tesli nie wspominając. Dziś świat wygląda inaczej … i pisze i analizuje artykuły.

Można się zżymać, ale tak jest. Przypadkowo (lub celowo) zbiega się to ze strukturalnymi zmianami finansowania środowiska naukowego w Polsce, chyba bardziej przy zbiegu okoliczności typowego przykręcania śruby wydatków  budżetowych (a wiec relatywnie zmniejszania pieniędzy na naukę) i jednocześnie pojawieniem się dużych pieniędzy z europejskich funduszy strukturalnych – cały aparat oceny „zdolności naukowej” pasuje jak znalazł. Za klasyfikacją naukowców poszło bowiem dalej rankingowanie całych Wydziałów i uczelni (klasy A,B,C – gdzie praktycznie tylko A lub za chwile A+ mają szanse na dotacje)  i naukowcy mają więc możliwość albo mając niskie wyniki żyć na głodowych pensjach  na swoich słabych instytutach (narzekając) albo ścigać się w rankingach i indeksach, zdobywając kolejne porcje grantów naukowych, własnych, badawczych i strategicznych (narzekając na biurokracje i rozliczenia).  Nauka się rozwarstwia – co pewnie i słuszne , finansowanie czegoś co nie ma szans na uczestniczenie w światowym rankingu na publikacje i cytowania nie ma sensu bo nie przedrze się przez recenzje w renomowanych czasopismach, jak zwykle trochę tylko gubi się realny efekt w budowie naprawdę skończonych i przydatnych w przemyśle wynalazków, ale jest to stała słabość systemu i zawsze podkreślana zgodnie przez każde sprawozdanie rządowe. Trochę żal romantycznych czasów i „czystych badań”,  ale naukowcy – wszyscy wiedzą o systemie i stosują metodę „publikuj albo giń” …. więc za chwilę zabiorę się do kolejnego artykułu …

Konrad Swirski (pub 87, JSR 17, cyt.68, h3, i10-2)

 

Zostaw komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *