Najtaniej jest zawsze uczyć się na błędach innych, ale jak wiadomo to chyba nie dotyczy działań w naszym kraju. Dla przypomnienia – zapomniana już lekcja kryzysu kalifornijskiego na początku obecnego wieku (11 lat temu – kto pamięta taką prehistorię) …

Stan Kalifornia zdecydował się wprowadzić  handel energią już w 1998 roku w formie bardzo mocno zliberalizowanej.  Niezależni producenci produkowali , a dwie spółki (non- profit – stanowe Pacific Gas and Electric (PG&E), Southern California Edison (SCE), and San Diego Gas and Electric (SDG&E) odpowiedzialne były za kupno energii I dostarczenie do odbiorców końcowych. Całość obrotów realizowana była przez  giełdę energii elektrycznej– CalPX.

Początek jak w przypadku wszystkich katastrof, wcale nie zapowiadał tragedii. Ceny energii nawet lekko spadały (pokazywano to jako pozytywny wpływ rynku) osiągając około 30 $/MWh na rynku hurtowym i 11c/KWh dla detalu.

Tu dygresja – stan Kalifornia ma około 45 tys. MW mocy zainstalowanej, elektrownie węglowe i gazowe, moc szczytowa w elektrowniach wodnych. Szczyt panuje w lecie – wtedy wszystkie klimatyzatory włączone na full. Nikt nie widział problemu, że połączenia międzystanowe (odpowiednik naszych trans granicznych) były bardzo słabe – mała linia z Meksykiem i na północ kraju, ale bez możliwości importu dużych ilości energii. Kalifornia regulowała swój system za pomocą ISO (Independent System Operator) – była wiec rodzajem wydzielonego kraju ze słabym połączeniem na zewnątrz (czy coś nam się nie przypomina ? :-))

Powoli i potem coraz szybciej (jak na rysunku) rosło zapotrzebowania na energie, ale nic nowego się nie budowało (bo ceny niskie, wszyscy realizowali zyski). Spadała więc nadwyżka mocy zainstalowanej nad odbiorem przez użytkowników końcowych.

Nadszedł wiec pamiętny rok 2000. Zaczęło się wszystko zimą, kiedy w górach nie spadł deszcz i śnieg, wobec czego zbiorniki wodne nie napełniły się wodą – Kalifornia została pozbawiona mocy szczytowych.

Potem już jak w karcianej układance, kiedy wszystko się wali. Wyeksploatowane elektrownie węglowe nie mogły dostarczyć wymaganej ilości energii. Operatorzy (dystrybutorzy) poszukiwali na gwałt energii – oferując coraz wyższą cenę na giełdzie.

 

Ten obrazek pokazuje jak wyglądała cena średnia – rynek hurtowy – poziomu 30 $ (przed) poszybowała w okolice 380 !!! $/MWh.  Rekordowa cena szczytowa osiągnęła poziom 1800 $/MWh.

Dystrybutorzy dawali taką cenę, bo wszelkimi możliwościami ratowali się przed koniecznością wyłączeń prądu, co i tak nastąpiło. Wielokrotnie biura i klienci prywatni zostali pozbawiani dostaw prądu (na różnych obszarach stanu) – w szczycie zapotrzebowania – miesiącach letnich gdy temperatura zewnętrzna oscylowała wokół 40 C. Dla przyzwyczajonych do klimatyzacji był to szok.

Ponieważ spółki (dystrybucyjne) stanowe (prawie państwowe) nie mogły tak łatwo przenieść zwyżki cen na użytkowników końcowych, założono im rodzaj taryfy – price cap (czy coś nam się nie przypomina J) – na poziomie ok. 16 c/kWh – po takiej cenie maksymalnie mogły odsprzedawać energię. Ponieważ ceny zakupu wzrosły ponad 300 % – rezultatem były straty 40 mld (!) $ w 2000 i dodatkowe 70 mld w 2001. Największe do czasów Enronu i obecnego kryzysu finansowego (w sumie w obecnych czasach to prawie grosze).

Mój ulubiony obrazek – to wielkie rosyjskie transportowce (w inne to by się nie zmieściło) dostarczają na szybko agregaty prądotwórcze (wielkie silniki), żeby pokryć zapotrzebowanie szczytowe i uchronić system od wyłączeń.

Czy ktoś to jeszcze pamięta ? Amerykanie tak – oni doskonale uczą się na błędach. System rynku energii w USA jest odmienny od europejskiego i oparty na tzw. „cenach węzłowych” – uwzględnia to koszty inwestycyjne i odbudowe mocy, a nie tylko bieżące koszty wytwarzania (PSE Operator rozważa i przypatruje się temu systemowi – co wyjdzie nie wiadomo) …

Na razie jakoś dużo podobieństw. Duży kraj, duże zużycie energii elektrycznej. Wyeksploatowane elektrownie węglowe, brak mocy szczytowych i połączeń trans granicznych. Zużycie rośnie, a na dodatek elektrownie węglowe pod presją limitów emisyjnych. Ponadto cena energii dla użytkowników końcowych taryfowana, a coraz więcej obrotów na rynku hurtowym przez giełdę. …Czy jesteśmy niedaleko punktu krytycznego ?  A może mi się tylko wydaje 🙂 ….

Jeden komentarz do “Kryzys kalifornijski (2000) … zapomniana lekcja …”

  1. Konrad Świrski jest na pewno ekspertem do spraw Energetyki, artykuł o tym świadczy aż nadto. Ja nie oceniam ludzi po tytułach naukowych, ale według rozumu, który sam będą niewidoczny jest widoczny w tym co się robi i jak się robi. Z artykułu wnioskuję, jest Pan super profesjonalistą w zawodzie energetyka. A kryzys kalifornijski nas czeka na pewno i ceny energii równe kalifornijskim.

Zostaw komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *