Opublikowane również na: Newsweek.pl , http://opinie.newsweek.pl/rio20-jak–kongres-futurologiczny-,93390,1,1.html

Właśnie skończyła się wielka konferencja poświęcona zagadnieniom „zrównoważonego rozwoju” i problemom naszej planety. W Rio de Janeiro pod marketingowym hasłem Rio +20 (bo 20 lat minęło od „Szczytu Ziemi” w tym mieście w 1992 r) prawie 50 tysięcy delegatów, polityków, dziennikarzy i osób towarzyszących mieszkało w luksusowych hotelach i zajadało się wykwintnymi przysmakami, ubolewając nad problemami świata – głodem, ubóstwem, efektem klimatycznym i wszystkimi zagrożeniami, które niesie szybki rozwój cywilizacyjny. Rezultat można było przewidzieć wcześniej (tak też i powstała większość tego artykułu) – wielkie nic, puste słowa, marketingowe slogany i całkowicie sprzeczne interesy wszystkich państw.

Samej konferencji nie trzeba opisywać – zrobił to najlepiej Stanisław Lem w książce „Kongres Futurologiczny” (notabene opublikowanej w 1971 a więc jakby pod hasłem Rio -20), gdzie akcja przebiega dokładnie jak teraz – w luksusowym hotelu pośrodku wielkiego południowoamerykańskiego miasta, w którym za chwilę wybuchają zamieszki, odbywa się gigantyczna konferencja futurologów, którzy maja naukowe plany jak ratować świat. Z jednej strony bezsensowne pomysły i propozycje oraz quasi-naukowe spory nad przekąskami z krewetek, z drugiej przerażający początek rewolucji prawdziwego świata, tłumiony za pomocą nowego typu wysokotechnologicznych chemicznych preparatów, zmieniających świadomość i potrafiących stworzyć dowolnego typu iluzje. I tu najbardziej przerażające u Lema wizje przyszłego świata, gdzie czeka nas nieuchronna zagłada (tu akurat zlodowacenie), pokrywanego przez coraz większą dawkę chemicznego oszustwa – „malowanie piekła w kolorowe wzorki” – i gigantyczna iluzja dla mas zamiast wspólnej wizji ratowania świata.
Czytałem tę książkę wiele lat temu i wtedy gdzieniegdzie wydawała się przesadzona. Dziś w świecie politycznego absurdu, rozebranych teledysków, kanałów muzycznych, programów popkultury i wszechobecnej obojętności na zbrodnie i ból pokazywany zresztą chętnie na każdej stacji telewizyjnej i tabloidzie, całość wydaje się przerażająco trafna. Co gorsze – czekam na spełnienie kolejnych obrazów z „Kongresu Futurologicznego”.

Realny świat zmienia się rzeczywiście. Mało kontrolowany wzrost ludności i coraz większe zużycie zasobów naturalnych pcha naszą planetę w kierunku problemów środowiskowych i zmian klimatu, ale i też ku coraz większym napięciom politycznym i niestabilności. Problem nie jest już w żadnym stopniu europejski i ograniczony do konsumpcji w najbardziej rozwiniętych państwach świata. Paradoksalnie największym energetycznym „żarłokiem” i trucicielem ziemi stają się kraje szybko rozwijające się jak Chiny (i cała południowo-wschodnia Azja), Indie i częściowo Brazylia (dziś Europa to tylko ok 11 % światowej emisji CO2). Wzrost produkcji (same kraje uprzemysłowione ją tam skierowały) i gwałtowny wzrost aspiracji konsumpcyjnych miliardów mieszkańców (i coraz większa klasa średnia w tych krajach) to gigantyczne zapotrzebowanie na kolejne megawaty i budowę niezliczonych elektrowni właściwie wszystkich typów. Problem nie tylko tkwi w tym, że nie buduje się wystarczającej ilości elektrowni odnawialnych – ale że zapotrzebowanie na energie i konsumpcja w tych krajach rośnie tak szybko, iż połknie właściwie wszystko.

Efektem jest powstawanie zarówno elektrowni jądrowych, węglowych i gazowych, wielkie projekty hydroenergetyczne i nawet gigantyczny rozwój źródeł fotowoltaicznych (słonecznych) – w samych Chinach już ponad 60 GW. Jako jeden z tysiąca nowych problemów – dążenie do nowych standardów powoduje, ze przy okazji należy zapewnić klimatyzację nie tylko milionom ale setkom milionów ludzi, jeśli nie miliardom. To wielka emisja substancji szkodliwych dla efektu cieplarnianego, niekiedy nawet 1000 razy agresywniejszych od CO2. Przeskok od Trzeciego Świata do obrazków z kolorowych serialikosztuje Ziemię gigantyczne zwiększenie zużycia surowców.

I tu brak jakiegokolwiek porozumienia pomiędzy krajami, bo każdy chce miećkomfortowe mieszkanie, samochód i wszelkie możliwe dobra. Żaden z rządów nie odda też niczego za darmo ani nie przeniesie negatywnych efektów ograniczeń w produkcji i emisji bezpośrednio dla siebie bez żadnej rekompensaty. Europa chce zielonej energii i ostrych redukcji emisji, ale chętnie widzi też sprzedaż swoich technologii. Chiny i Indie zamiast tego chętnie je skopiują i same wyeksportują, a kraje najsłabiej rozwinięte chętnie przyjmą fundusze pomocowe i skonsumują nie robiąc niczego. Ameryka jak zawsze uważa, że każdy powinien radzić sobie sam i sami to robią za pomocą nowych technologii wydobycia gazu łupkowego i konsekwentnego niepodpisywania żadnych wiążących deklaracji.

Efekt jest jedyny możliwy – całkowite fiasko. Końcowy dokument „The future we want” to 53-stronicowy koncert pobożnych życzeń i komunałów w paragrafach zaczynających się słowami „We emphasise …”, „we reaffirm..”, „we recognize …” i „we acknowledge …”. 283 paragrafy zupełnie obłe i prezentujące całkowite oczywiste stwierdzenia, że jest źle a chcielibyśmy żeby było lepiej. Całkowity brak jakichkolwiek zobowiązań i jedynie zupełnie niezobowiązująca nikogo deklaracja, że powinien powstać fundusz rozwojowy na które państwa najbardziej rozwinięte powinny przekazywać 0,7 % dochodu narodowego a średnio rozwinięte pomiędzy 0,15 a 0,20 % . W czasie obecnych kryzysów finansowych można pozostawić to bez komentarza.

Najgorsze w tym wszystkim jest, że problem naprawdę istnieje. Niezależnie od sporów aktywistów z koncernami energetycznymi i samych naukowców miedzy sobą, o ile wzrosła średnia temperatura i czy efekt cieplarniany istnieje i jakie będą jego kolejne następstwa – niekontrolowany rozwój i obecna rabunkowa eksploatacja zasobów Ziemi musi skończyć się problemami. Niestety, jakiekolwiek rozsądne głosy protestów i próby pragmatycznych regulacji kończą się fiaskiem, bo wszystko wygląda jak w teledysku, a duża część protestujących, popierających, naukowców i lobbystów traktuje to wszystko jako zawód i sposób na pozyskiwanie funduszy. Z samej konferencji zrobił się czysty marketing i biznes firm PRowych, hotelowych, biur podróży i cateringu. Naukowcy chętnie piszą kolejne alarmistyczne sprawozdania i aplikują po granty badawcze. Ekolodzy przesuwają się w stronę skrajnych pozycji, bo jeśli nie ma żadnego postępu to lepiej sprzedaje się happening i całkowicie skrajne pomysły. Oczywiste interesy dotychczasowych wielkich producentów i koncernów energetycznych to rozmycie jakichkolwiek deklaracji. Nad tym wszystkim niestety stoją całkowicie sprzeczne interesy polityków z różnych kontynentów i krajów, których kilkuletni horyzont do następnej elekcji powoduje ze zawsze lepiej jest dużo i długo obiecywać a do niczego się nie zobowiązać.

Prorocza wizja Lema z „Kongresu Futurologicznego” zaczyna się sprawdzać co do joty. W czasie kiedy nie można podjąć żadnych wspólnych decyzji ani razem ratować świata – trzeba tylko stawiać kolorowe fasady i dawać jeszcze więcej obłych informacji w telewizji. Zamiast akcji i wysiłku, lepiej i łatwiej poudawać i .”malować piekło w kolorowe wzorki”. Za 20 lat kolejna konferencja (Rio +40), ale ja już wiem co na niej będzie. Książka Lema leży przecież na moim biurku.

Jeden komentarz do “Kongres „Rio+20” jak „Kongres Futurologiczny””

  1. Hm… niby słuszne obserwacje, ale sedna nie sięgają. Że globalne procesy ONZ rodzą ostatnimi czasy jedynie ogólne polityczne deklaracje (zachowawcze, rozwodnione) – żadne zaskoczenie; w wielu przypadkach to i tak dużo, bo negocjacje wisiały na włosku, i nie było by nic (tak się zdarzyło na 19. sesji Komisji Zrównoważonego Rozwoju ONZ, po 2 tygodniach negocjacji) . A tak jest choć „coś”. Czy to „coś” ma rację bytu (koszty poniesione a wyniki)? A czy ma rację bytu dyplomacja wielostronna na forum ONZ? Miejsce, gdzie wszystkie 192 państwa ONZ mogą usiąść i porozmawiać? Zdaję się, że ma, bo jej brak (zimna wojna, żelazna kurtyna) już w historii się zdarzył; ONZ też kiedyś nie było. A teraz jest, i póki jest – niech działa jak może. Alternatywą jest brak dialogu. Trafnie Pan ocenia, ze interesy kompletnie różne (bogata Północ contra biedne Południe, którego kurczowo się trzymają gospodarki wschodzące, ku oburzeniu wielu krajów rozwiniętych), ale dotyczy to nie tylko zrównoważonego rozwoju (vide np. negocjacje klimatyczne). Obecny kryzys nie sprzyja twardym zobowiązaniom, ale nie powinien wstrzymywać procesów. To gigantyczne procesy małych kroków, ale skoro na większe nikogo, Świata, nie stać…Dokument końcowy Rio+20 uruchamia jednak pewne mechanizmy (np. wypracowanie celów zrównoważonego rozwoju na kształt MDGs), więc taki pusty nie jest. Co do finansów, to racja- Północy nie stać na płacenie (G77+Chiny w trakcie negocjacji domagały się zapisów na okrągłe kwoty idące w biliony dolarów), więc idąc na kompromis zgodziła się na wypracowanie nowego mechanizmu finansowania, w przyszłości. To dużo, jeśli zna się punkty wyjścia w negocjacjach i red lines poszczególnych grup politycznych. Procenty, które Pan przytacza to (0,7 % pkb itd) to tylko potwierdzenie w dokumencie zobowiązań do oficjalnej ODA, która już od dawna funkcjonuje; w tym zakresie Rio+20 nic akurat nie wnosi. Choć może sam fakt, ze przy tak ostrym kryzysie w UE, ta wciąż gotowa jest płacić ODA na dotychczasowym poziomie, i potwierdzają to rządy 27 państw na szczycie Ziemi ONZ – to już „coś” …(?)

Zostaw komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *