Każdy pewnie pamięta z barwnych czasów młodości – organizację hucznych domowych imprez. Wolna chata, najnowsza muzyka i pewne inwestycje w drobne przekąski i wielką  ilość butelkowanych napojów o różnej zawartości alkoholu. Zwykle też dwa rodzaje organizatorów. Z jednej strony , najpopularniejsi, najbardziej pożądani celebryci i imprezy o których było głośno przez lata. Każdy chciał tam być, każdy czuł się zaszczycony a gospodarz z kolei – brał wszystko – najpiękniejsze dziewczyny , najlepsze tańce i wszystkie decyzje kiedy sięgamy po kieliszki, a kiedy już rozchodzimy się do domu, ale koniecznie najpierw sprzątając wszystko dokładnie po sobie. Była też i opcja druga – nie mamy wolnej chaty ani pieniędzy i wygląda, że przed nami smętny wieczór ale wybieramy jakąś ofiarę klasową, zwykle niepozornego, smutnego i niczym się nie wyróżniającego osobnika, stojącego z boku, a słynnego tylko z docinków i śmiesznych ksywek. Wmawiamy mu, że zaraz awansuje do pierwszej ligi towarzyskiej … musi tylko zorganizować wystrzałową imprezę i oczywiście ponieść niezbędne wydatki. Potem idzie jak zwykle , traktujemy to jako małą rozgrzewkę wieczoru , stawiamy się w doborowej obsadzie, brawurowo wypijamy wszelkie alkohole razem z żelazną zawartością barku rodziców, mniejsza lub większa demolka wyposażenia i żarty z interweniujących sąsiadów. Potem już wychodzimy zostawiając wielkie pobojowisko i tylko narzekamy że nie było tak fajnie jak oczekiwaliśmy i tak naprawdę to musimy przenieść się gdzie indziej. Smutny organizator pozostaje dalej smutny i smętny, ale ma na głowie rozbite szkło, uszkodzone sprzęty domowe, poplamione ściany, opcje na grzywnę za zakłócanie spokoju i awanturę rodzicielską za wypicie pieczołowicie zbieranych drogocennych alkoholi z domowego barku.

 

W Warszawie kończy się właśnie zaraz konferencja klimatyczna. Pieczołowicie wyproszona wielka impreza gdzie Polska miała grać pierwsze skrzypce. 100 milionów złotych (podobno) na wydatki organizacyjne, ożywienie stadionu Narodowego jako centrum konferencyjnego, prawie 20 tysięcy delegatów i za chwile końcowe przemówienia zapowiadanych głów państw. Impreza o której wiadomo było od dawna i też od dawna było wiadomo, że nie będzie łatwo (http://konradswirski.blog.tt.com.pl/?p=1348 ) ale każdy oczekiwał, że może nie zwycięstwo ale choćby na remis.  Niestety dziś już wiadomo, że będzie inaczej. Na początek zaczęliśmy źle … 11 listopada – niefortunna data, która zamiast PR-owego pokazania Polski jako kraju optymizmu i świętowania (co jest raczej bliższe prawdy) , przyniosła jednak głównie zostające w głowach obrazki  rac , płonącej tęczy, kordonów policyjnych i radiowozów na sygnale. Potem jak w horrorze – było już tylko gorzej. Polska dała się zepchnąć całkowicie do narożnika, w komentarzach światowych mass mediów , połączonych z inicjatywami Greenpeace. Bardzo słaby nasz PR wewnętrzny i próba używania w sumie racjonalnych argumentów i chęć też ratowania polityki środka opartej i na klimacie i na przemyśle i też na pewno trochę na węglu – nie dał rezultatu. Każdy na zewnątrz widzi jedynie banery na budynkach, policję ściągającą kolejnych aktywistów z wyposażeniem alpinistycznym i banerami, media i prasa cytuje tylko Koalicje Klimatyczne , a dyskusja zdominowana jest jak na pokazach Miss World jednym pytaniem „Dlaczego nie chcemy żyć w czystym świecie i dalej zanieczyszczamy środowisko” . Doskonale udało się też wszystkim (i to absolutnie) którzy wiedzą że z całego szczytu nic nie będzie znaleźć winnego (a to są absolutnie wszyscy bo interesy zielonych, przemysłu, krajów rozwijających się i tych szybko emitujących jak Chiny i Indie są całkowicie nie do pogodzenia). Idealnie wiec kreować Polskę jako nieudolnego gospodarza, hamulcowego postępu (bo broniącego węgla), miasta niemiłej policji i obojętnych mieszkańców, kiboli z racami i mocnej wódki (autentycznie widziałem kilku uczestników szczytu wyjeżdzających do domu z walizkami w południe w mocno niedysponowanym stanie przed wejściem do jednego z warszawskich hoteli – pewnie wieczorne obrady były męczące). Ci którzy porozumienia nie chcą (USA, Chiny, Indie) – zwala na Polskę, że nieudolna bo nie ma racjonalnej mapy drogowej, ci którzy chcą pieniędzy (kraje najsłabiej rozwinięte, które muszą kupować kosztowne technologie a chcą dotacji)- zwalą na Polskę, że nieudolna bo nie ma propozycji, ci którzy są ekstremistami zmiany klimatu (UE i przede wszystkim zielone organizacje, które wiedzą, że ich postulaty są obecnie nie do zrealizowania ) zwala na Polskę że jest hamulcowym od węgla. Pod tym względem niewątpliwie ułatwiliśmy wszystkim zadanie i jeszcze na dodatek w sposób chyba nowatorski na świecie – zmieniliśmy ministra ochrony środowiska dokładnie w czasie trwania najważniejszego w tym temacie międzynarodowego spotkania gdzie jesteśmy gospodarzem. Lepszego sygnału  do tego żeby można walić w nas bez oporu, chyba trudno sobie wyobrazić. Organizacje klimatyczne już korzystają – opuszczają szczyt i zajmą jeszcze bardziej ekstremistyczne stanowisko – a wiadomo dlaczego – impreza nudna, a gospodarz nie jest przygotowany.

Wymęczone dokumenty na koniec nic nie zmienią. Informacje na ekranach wiadomości że jednak osiągnięto porozumienie są tak słabe, że nawet czytający je prezenterzy szybko przechodzą do następnego tematu. Nie ustalono żadnych wiążących celów ograniczenia emisji (zablokowały Chiny) a na koniec rzucono nawet nie ochłap ( raczej ochłapik)w postaci 10 mld rocznie na fundusz do walki ze skutkami zmiany klimatu – znając koszty europejskie i światowej biurokracji większość zje ona sama. Fundusz ma się stopniowo zwiększać ( pewnie jak i zatrudnienie) i nie ma najmniejszego znaczenia ani w przygotowaniu nowych technologii ani jakiejś globalnej zmianie podejścia do problemu. Wszystko przełożono na najlepszą imprezę sezonu – spotkanie 2015 w Paryżu. Tam europejscy prymusi będą zbierać śmietankę porozumień i pokażą jak się bawić tym, którzy zawsze stoją w kącie.

Stoję więc w centrum i patrzę smętnie na wielki banner na Pałacu Kultury, gdzie wczoraj zwieszali się aktywiści. Po mieście znowu krążą niebiesko-srebrne furgonetki policyjne na sygnałach. Papiery i śmiecie na ulicy , niespiesznie przewraca zadziwiająco ciepły na ta porę roku listopadowy wiatr. Tylko jakieś dziwne wrażenie że daliśmy się wmanewrować w imprezę za którą zapłacimy krocie, a zostanie cały bałagan do posprzątania. I jeszcze na koniec obciach w całej klasie że to wszystko nasza wina ….

Jeden komentarz do “Klęska klimatyczna …. czyli jak dać się wmanewrować w sprzątanie po imprezie ….”

  1. Niestety, konsekwencje tego, że nie dba się o środowisko są i będą widoczne – teraz trzeba dbać o to, by było jak najmniejsze. Mleko się rozlało, trzeba je posprzątać – a to już niestety należy do nas.

Zostaw komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *