Działo się to w przed początkiem roku 300 naszej ery. Ówczesne cesarstwo rzymskie było na skaju katastrofy. Kilkunastoletnie wojny domowe , zrujnowana gospodarka i handel, zagrożenie ze strony agresywnych sąsiadów i naturalna szalejąca inflacja i drożyzna.  Nowy cesarz Dioklecjan stanął przed niesłychanie trudnym zadaniem ocalenia tego, co wydawało się już całkowicie zniszczone i chyli się ku upadkowi.  Na początek poszły reformy wojskowe i podatkowe. Reformy finansowe i precyzyjne określenie świadczeń obywateli (i oczywiście sprawny system pobierania podatków przez państwo) co na pewno z entuzjazmem zostałoby pochwalone przez wszystkich obecnych rządzących, a  dzięki nim pojawiły się  środki na modernizację obrony i rozbudowę armii. Potem powolna stabilizacja i coraz większa centralizacja państwa przez zwiększenie ilości administracji i zakresu wydawanych dekretów. Część z nich prowadzących gospodarkę do przodu (właśnie podatki, standaryzacja przepływu towarów i ludzi – coś na kształt unifikacji gospodarczej całego cesarstwa jak obecna UE) część też oczywiście tworzących nowy aparat biurokracji (też znamy), a cześć nawet w idealistycznej nadziei,  że da się uporządkować rynek i stworzyć dekrety i prawa pomagające zwykłym obywatelom. Tak też w roku 301 powstał słynny „Edykt o cenach wystawionych na sprzedaż”. Dokument jest ulubionym źródłem informacji o ówczesnych czasach wykorzystywanym przez historyków, bo pokazuje całą gamę rzymskich towarów, jednostek ich miar, a przede wszystkim kompendium wiedzy o starożytnych poziomach cen i sposobach handlu. Dioklecjan zapragnął bowiem ustalić ceny maksymalne na towary i ochronić konsumentów. Piękna i idealistyczna jest sama treść edyktu gdzie mówi się o „chęci zysku” ..której „nie łagodzi obfitość dóbr”  i „pozbawieniu ludzkich uczuć i wrażliwości” jeśli „ nie dostrzega się że ceny towarów na targowiskach rosną w sposób samowolny”. Jeszcze bardziej imponujące jest zestawienie towarów podlegających regulacji (idących w setki) gdzie znajdują się zarówno pszenica i jęczmień, oporządzona i nieoporządzona gęś,  oliwa (cena zależna od jakości), ostrygi, chleb i miód, ale także i tunika i czyszczenie tuniki, metr kwadratowy ziemi w danej prowincji jak też wyrafinowany system opłat maksymalnych za transport morski, gdzie przeliczano i standaryzowano  wagę, wymiary, towary i ludzi (też ich przeliczano na jednostki), a w odpowiedniej tabelce z prowincjami i długością trasy znajdowano opłatę maksymalną.  Dla ciekawych jak to się zakończyło – w roku 305 Cesarz Dioklecjan abdykował. Było to rzeczą niezwykłą, ponieważ zdecydowana większość jego poprzedników jak i następców kończyła panowanie od miecza lub trucizny. Natychmiast też Edykt o cenach został anulowany (sama skuteczność działania edyktu przez współczesnych oceniana była jako mizerna).  Pokazuje to jak trudno pogodzić reguły wolnego rynku – szczególnie w czasach niedoborów i problemów, z ochroną zwykłych konsumentów, co wiemy z naszych doświadczeń – w czasach spokoju i powszechnej dostępności towarów, rynek działa w sposób optymalny (o ile wolna konkurencja jest zachowana) natomiast jeśli czegoś gwałtownie brakuje to i rynek nie pomoże, a tym bardziej i edykt o cenach maksymalnych.

 

 

Nasze europejskie, prawie już 20-letnie, doświadczenia z rynkiem energii pokazują, że nie jest to rynek łatwy i prosty, a mechanizmów tego rynku nie można nastroić i dopasować do, obserwowanych już od starożytności, skrajnie różnych poglądów na ceny i zysk zarówno od  strony producentów jak i konsumentów. Europejskie dążenie do maksymalizacji konkurencji, a wiec nadziei na niższe ceny dla odbiorców końcowych, potykają się jak fale o skały, z problemami technicznymi, sama niemożliwością magazynowania energii, długimi stałymi czasowymi we wprowadzaniu nowych mocy wytwórczych jak i też prozaiczną „chęcią zysku” wielkich graczy i ich monopolistyczną lub qusi-oligopoliczną strukturą.  W rezultacie z jednej strony mamy w pełni zliberalizowany rynek hurtowy handlu energią i z drugiej też w pełni otwarty rynek detaliczny – przynajmniej dla dużych odbiorców i taki ostatni kawałek dla odbiorców indywidualnych gdzie wolność istnieje  (zmiany dostawcy i możliwość kupienia gdzie indziej), ale z małym dodatkiem czegoś w rodzaju ceny maksymalnej – regulowanej, bo konieczności uzyskania zatwierdzania taryfy sprzedażowej (ceny) przez Urząd Regulacji Energetyki. URE staje przed rzeczywiście trudnym zadaniem bo sprzedawcy mogą po prostu łatwo podnieść ceny i szybko uzyskać duży zysk korzystając  z bezwładności klientów nie zmieniających dostawcy. Co gorsze to taka sama strategia może być zastosowana przez wszystkich graczy na rynku (wszystkich sprzedawców) , oczywiście pokryta może ładnymi marketingowymi slajdami o obfitości taryf i wyboru, ale prowadząca tak czy inaczej do drenaży kieszeni klientów indywidualnych. Ta obawa kieruje chyba wiec ostatnio ogłoszoną decyzją że rynek (klienta końcowego) będzie dalej zmierzał do pełnej liberalizacji (bez kontroli taryf) ale … trochę później, bo już wiadomo że nie w 2014 i 2015.  Z drugiej strony są też i racjonalne argumenty koncernów (cały czas podkładających naturalnie wyższe ceny do zatwierdzenia). Dzisiejszy europejski model rynku energii nie uwzględnia w koszcie energii na rynku hurtowym nowych inwestycji. Myśląc prozaicznie – nie opłaca się budować nowych elektrowni, a tylko eksploatować to co jest. Oczywiście za lat kilka (ale kto myśli o tym co będzie za lat 3,5 lub 10) powstaną niedobory mocy i typowy rynek deficytu – a więc gigantyczna presja na podniesienie cen. Cała obecna gra rynkowa w warunkach polskich jest wiec skomplikowanym patchworkiem nacisków rządowych (w końcu na spółki z pakietem Skarbu Państwa) żeby budowały nowe elektrownie  – pomimo tego, że opłacalność tych przedsięwzięć przy obecnej cenie energii jest nieco wątpliwa) , decyzji regulatora (jednocześnie nie należy za mocno podnosić cen dla najbardziej wrażliwych  klientów indywidualnych), ale przy okazji budując pełny model konkurencyjny wg wskazań Unii Europejskiej  z zachowaniem preferencji dla wybranych źródeł energii (odnawialne) i z coraz większym cieniem geopolityki i wagą bezpieczeństwa energetycznego. Sprowadzając to do naukowych form problemu – bardzo rzadko, a właściwie nigdy nie udaje się w tak skomplikowanych zagadnieniach optymalizacji wielokryterialnej z ograniczeniami, uzyskać rozwiązania satysfakcjonującego wszystkich , a tak naprawdę z nauki wynika, że wynik leży zwykle na ograniczeniach. Oznacza to, że pewne rzeczy możemy spełnić , ale inne na pewno nie i będą one (jak np. ceny energii) lokowały się zaraz w okolicach dopuszczalnego maksimum. Wydaje się wiec, że kolejne lata to wciąż obawa przez zdjęciem taryfikowania i ustalaniem cen maksymalnych i pewnie też coraz większa trudność z obroną kolejnych linii oporu. Okres niskich cen energii mija bezpowrotnie, koncerny będą musiały wpakować w taryfy coraz większe koszty inwestycyjne, a te które nie inwestują w wytwarzanie mogą w pewnym momencie stanąć przez problemem dużych wzrostów cen hurtowych (własnych kosztów). To było już dawno w Kalifornii roku 2000 i nawet były  tam też analogiczne ceny maksymalne (price cap) dla odbiorców końcowych. Wtedy (znowu brzmi znajomo) przy nagłym spadku dostępnej energii na rynku (nikt nie inwestował) , ceny podskoczyły niebotycznie, a spółki dystrybucyjne uwiązane ceną maksymalną odsprzedania energii dla klientów indywidualnych zanotowały drobne 70 mld $ strat (wówczas wiele ,ale  po  kolejnych światowych kryzysach coś co wygląda na drobne).  Ale i będzie się rozwijała konkurencja – zwłaszcza przez pojawianie się nowych graczy i nacisk na znaczne rozsunięcie cen pomiędzy szczytem a doliną (jak obecne taryfy np. G12). Rynek hurtowy będzie dawał impuls wzrostu zwłaszcza na cenę szczytową więc i nowe atrakcyjne taryfy. To trochę więcej w dzień , ale za to naprawdę tanio w nocy (problem że jednak nie mogę się przekonać do prania i gotowania około 3 nad ranem).  Pojawiają się też ciekawe rozwiązania quasi futures – tzn. dziś dajemy niską taryfę, ale w przyszłości drożej (ale jesteś do nas przywiązany) i tak naprawdę za chwile cała mnogość ofert z różnymi warunkami wejścia i wyjścia, gdzie będziemy pogubieni jak u komórkowców. Nadrzędny problem to jednak dostępność energii (wytwarzania w elektrowniach). Nerwowe komentarze o brakach w 2015 to pewnie jeszcze nie, ale w kolejnych latach będzie już tylko gorzej. Między innymi  konieczność wycofywania starych bloków  lub kuriozalne rewitalizowanie 40 letnich instalacji , a może i nawet na gwałt poszukiwanie mocy interwencyjnych (już na pewno jeśli poślizgną się obecnie uruchamiane inwestycje). Wydaje się że nie pożegnamy się tak łatwo z taryfami URE dla klientów indywidualnych i tak naprawdę to trudno dziś wyrokować (z energetycznych fusów) co lepiej robić – puszczać na żywioł czy kontrolować.

 

Starożytność zawsze jednak podpowiada – nie da się wyeliminować „chęci zysku” i nie da się też efektywnie wprowadzać cen maksymalnych (jeśli na rynku nie ma wystarczającej ilości dóbr). Wiadomy też i efekt – wcześniej czy później – trzymajmy się za kieszenie.

Zostaw komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *