Ostatnie wiadomości z Ukrainy nastrajają coraz mniej optymistyczne. Drobne nieporozumienia przypominają już nieuchronną wojnę domową, a pospiesznie formowane drużyny lokalnej samoobrony, niezwykle biegłej w posługiwaniu się ręcznymi zestawami obrony przeciwlotniczej jakoś bardziej działają jak dobrze wyćwiczony Specnaz niż niewinni mieszkańcy zaniepokojonych regionów. W niewiadomy sposób w ciągu niespełna miesięcy sytuacja polityczna na naszych granicach, zmieniła się dramatycznie … i nagle stało się prawdopodobne coś, co widzieliśmy tylko na obrazkach filmów wojennych …a wraz z tym i wojna w energetyce.

Początki były bardzo skromne. W czasie I wojny światowej, z uwagi na ekstremalnie małą precyzję pierwszych samolotów (jak i sterowców bo je też wykorzystywano do bombardowań) , nikomu nie przyszło do głowy atakowanie elektrowni i próba odcięcia dostaw elektryczności – zresztą duża liczba ludności dalej dobrze posługiwała się świeczką lub naftową lampą. Z tych czasów mamy tylko energetycznie … przesuniecie czasu (letni i zimowy) – wprowadzony właśnie od 1916 na początek w Niemczech i Austro-Węgrzech a potem powtórzone w Anglii.

II wojna to już duży postęp.  Anglicy przeprowadzili w 1943 roku słynną operację „Chastise”, gdzie samoloty wyposażono w specjalne „skaczące” bomby (rodzaj beczki której nadawano ruch obrotowy i zrzucano z małej wysokości, dzięki czemu skakała po wodzie jak rzucane kamieniami „kaczki”). Z zadziwiająca precyzją trafiono kilka tam (i hydroelektrowni) z okolicach Zagłębia Ruhry powodując ogromne powodzie i paraliż (także energetyczny) tego rejonu. Poza tym, w mniejszym stopniu atakowano same elektrownie i system dystrybucyjny – co zresztą obecnie uważa się za wielki błąd strategiczny a za to hojnie rozrzucano ogromne ilości bomb po miastach , niezależnie czy były tam dzielnice przemysłowe czy mieszkalne.

Naprawdę wielką wagę do energetyki i elektrowni przywiązuje wojsko w ostatnich latach.  Teoretycznie wszelkie takie działania powinny być zabronione. Podpisany w 1977 artykuł 56 I Protokołu Konwencji Genewskiej zakazuje  bombardowania tam elektrowni (wprawdzie jądrowych): „zabrania się atakowania obiektów takich jak zapory, groble i elektrownie nuklearne, nawet jeśli obiekty te są obiektami wojskowymi, skoro atak taki może spowodować uwolnienie niebezpiecznych mocy i w konsekwencji narazić życie cywilnej ludności”. Literalnie czytając można więc atakować wiatraki i elektrownie węglowe, ale zawsze można znaleźć jakieś dobre uzasadnienia lub się tym nie przejmować i tak w 1981 Izraelczycy uderzyli na iracki reaktor jądrowy Tammuz 1 (budząc wielkie protesty w 1981 i nieme podziękowania w latach 90-tych za zastopowanie irackiego programu broni jądrowej), a w czasie tzw. II wojny libańskiej zbombardowali też elektrownię w Jiveh, co spowodowało wielki niekontrolowany wyciek ropy do Morza Śródziemnego i nawet większe szkody dla środowiska niż same bomby.  Energetyka staje się wiec celem i to nawet celem pierwszorzędnym.  Apogeum ataków, jak też i pokaz nowej technologii nastąpił w 1999 roku w czasie uderzenia sił sprzymierzonych na Serbię (właściwie ówczesną resztkę dawnej Jugosławii). Poza bombardowaniem „klasycznym” z zastosowaniem najnowszych bomb naprowadzanych laserowo i pewnie innymi metodami, które burzyły instalacje i obiekty przemysłowe, po raz pierwszy użyto czegoś co w amerykańskiej nomenklaturze bojowej ma symbol BLU-114/B – tzw. „bomby grafitowej”. To zupełnie nowa koncepcja zrzucania włókien grafitowych na stacje dystrybucyjne, transformatory i linie przesyłowe – bomby rozsypywały te mikroskopijne włókna, tworząc silnie przewodzące wielkie chmury – co powodowały natychmiastowe przepięcia i zniszczenie infrastruktury – dość selektywne ale za to z morderczym skutkiem dla systemu energetycznego. Po nalotach zwykle 80% terytorium Serbii pozostawało w balckoucie i bez zasilania co wydatnie skróciło ówczesną dyskusję co do ustanowienia Kosowa jako odrębnego państwa.  Nowatorskie koncepcje – że nie trzeba już burzyć i strzelać, przyniósł też rok 2010 i nowa generacja ataków cybernetycznych. Stuxnet – pod taką nazwą określane jest coś wyhodowanego w specjalistycznych informatycznych laboratoriach  wojskowych, co zaatakowało infrastrukturę systemów sterowania (specjalistyczne sterowniki Siemensa i SIMATIC WinCC/Step) tak często rozpowszechnione na Bliskim Wschodzie a szczególnie w wirówkach służących do uzdatniania uranu w Iranie.  Nowa generacja broni szybko się rozwinęła bo za chwile pojawiły się odmiany Stuxnet jak Flame, Duqu i Gauss – pokazujące że krzywdę niekoniecznie musi zrobić dobrze nakierowana bomba ale też i dobrze nakierowany złośliwy program komputerowy.  Od tej chwili – nic już nie jest takie same (energetycznie w czasie wojny). Elektrownie i system zasilania na pewno będą pierwszorzędnym celem – jeśli nie wyrafinowanych cyberataków to może grafitowych chmur, a w ostateczności i konwencjonalnych pocisków. W każdej nowej wojnie – od odcięcia prądu wszystko będzie się zaczynać.

Te doświadczenia, z coraz większym niepokojem, łączą się z obrazkami w wiadomościach. Za chwile potencjalnie będziemy mieli do czynienia z wielkim konfliktem energetycznym i to w wymiarze bynajmniej nie zakręcania kurka z gazem, ale normalnego odcinania sieci przesyłowych i burzenia  elektrowni.  Jeśli spojrzy się na system elektroenergetyczny Ukrainy – jest tam sporo potencjalnie wrażliwych obiektów – miedzy innymi 15 czynnych bloków energetycznych w elektrowniach jądrowych. Rozmieszczone co prawda bardziej w środkowej i zachodniej części (mapkę można zobaczyć np. tu http://www.nuclear.pl/lokalizacja,ukraina,ukraina.html ) Nawet jeśli przyjmie się stosowanie Konwencji Genewskiej i nikt nie będzie atakował ich bezpośrednio (choć przykłady pokazują, że w czasie wojen nikt o tym nie pamięta , tylko potem ewentualnie trybunał w Hadze) to i tak zawsze zagrożeniem jest potencjalne zakłócenia całej sieci energetycznej i nawet potencjalny blackout systemu. Wówczas elektrownie jądrowe muszą być wyłączone, a ciepło powyłączeniowe pracujących reaktorów – odebrane. Oczywiście bloki rosyjskiej konstrukcji wyposażone są w awaryjne generatory Diesla i zapewniają awaryjny obieg nawet do 7 dni, ale zawsze pytanie – czy będzie na miejscu obsługa elektrowni i czy będzie w stanie prowadzić normalne operacje, i czy będzie paliwo do tych generatorów i czy ktoś na pewno nie każe ich wyłączyć. Nie mówiąc już o innych potencjalnie dramatycznych pomysłach co można z elektrownią jądrową w czasie wojny zrobić – po raz pierwszy od chwili budowy pierwszych reaktorów – stajemy w obliczu takiego (choćby hipotetycznego) zagrożenia – prowadzenia działań wojennych na obszarze z pracującymi reaktorami.  Wydaje się to dziś wciąż absurdalne i niepojęte – ale w końcu wiele rzeczy niepojętych już było, a w czasie wojen i konfliktów – zdrowy rozsądek czy też jakikolwiek rozsądek , odzywa się ostatni. Widzieliśmy już przecież obrazki niszczenia średniowiecznego mostu w Mostarze (Bośnia i Hercegowina) przez chorwackie działa czy też rozstrzelanie z armat starodawnych posągów Buddy (przez talibów – Afganistan).

Cały czas jednak miejmy nadzieje, że problemy Ukrainy da się rozwiązać w sposób pokojowy, a jej energetyka nie będzie jakimś podręcznikowym przykładem wojennej katastrofy.

Zostaw komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *